Ad mortem defecatam…

Dzieje się milion rzeczy. Na raz, oczywiście, bo przecież jakby się działy po kolei, to by było za proste. Tu lekarz, tam jakieś urzędy, to trzeba załatwić, tamto trzeba załatwić… Do tego dochodzą zbliżające się święta, które z paru powodów będą wyglądały nieco inaczej, niż zwykle (o tym niżej). A ze świętami wiążą się także próby scholi na Triduum Paschalne (czyli jeszcze jedno popołudnie / wieczór zajęte). A na to wszystko nakłada się oczywiście normalna praca – kończę książkę, na którą teoretycznie mam jeszcze sporo czasu, ale w praktyce MUSZĘ ją skończyć jak najszybciej, bo im szybciej skończę, tym szybciej zapłacą – a to niestety znowu robi się sprawa życia i śmierci. Nie, jasne że nie dosłownie. Ale.

Bo oczywiście zawsze coś, prawda? Pieniądze za książkę będę miał za +/- trzy tygodnie. Czyli już na pewno po świętach. Na koncie głównie przeciągi – ale wyliczyłem, że jakoś te trzy tygodnie przeżyjemy. Na styk, bez szaleństw, ale przeżyjemy. Wyliczyłem to dokładnie w poniedziałek rano. I jak już miałem wyliczone, to właśnie przyszła wiadomość z towarzystwa ubezpieczeniowego, że we wtorek upływa termin płatności drugiej raty składki za ubezpieczenie samochodu (o której inaczej bym zapomniał, co także świadczy o tym, że jestem zmęczony). I cały misterny plan…

…wiadomo.

Jak zapłacę wszystko to, co mi zostało do zapłacenia w ciągu najbliższych kilku dni, to zostaną mi jakieś grosze, za które oczywiście trzech tygodni nie przeżyjemy. O świętach już nawet nie wspominam – dobrze przynajmniej, że akurat TE święta to bardziej na liturgii, niż gdzie indziej, i bez kupowania prezentów. Co nie zmienia faktu, że tym razem niestety nie obędzie się bez pożyczenia. Dobrze, że z grubsza jest od kogo…

Zawsze na „świąteczne śniadanie” (płynnie przechodzące w świąteczny obiad…) w Niedzielę Wielkanocną jeździliśmy do mojego Taty. Tradycja, zawsze tak było i gdzieś podświadomie oczywiście myśleliśmy, że zawsze tak będzie. Ale, jak wiadomo, „zawsze” nie istnieje… Ciocia (żona Taty) poważnie chora. Chemie, naświetlania i wszystkie inne atrakcje, które (niestety) dobrze znam. I ciocia – mistrzyni świątecznego stołu – powiedziała, że niestety, ona w tym roku „imprezy” nie zrobi, bo po prostu nie będzie miała na to siły. Do nas też nie przyjadą, bo – patrz punkt pierwszy. Jasne, pojedziemy do nich w niedzielę późnym popołudniem czy wieczorem, żeby się chociaż zobaczyć (Piłka przyjeżdża do domu na niecałe trzy dni…) – ale to tyle. I wiele niestety wskazuje na to, że dużo lepiej już nie będzie.

Piłka miała w ogóle nie przyjeżdżać na Wielkanoc, bo na uniwersytetach w Stanach nie ma przerwy wiosennej połączonej z wielkanocną, jak w wielkiej Brytanii: do czwartku miała mieć normalnie zajęcia, potem od poniedziałku dalej – a lot z Ameryki do Europy na dwa dni to jednak trochę przesada. Okazało się jednak, że półtora tygodnia przed Wielkanocą Piłka z grupą z Harvard Law School leci na kilka dni do Wiednia na jakiś międzynarodowy konkurs dla studentów prawa. Wracają z tego Wiednia… w Poniedziałek Wielkanocny. Za bilety lotnicze oczywiście płaci uczelnia. Więc moja rzeczowa córka poszła do organizatorów i zapytała, czy mogą jej kupić bilet powrotny nie z Wiednia, tylko z Warszawy. Zgodzili się, nie robiło im to różnicy. Więc Piłka kupiła jakiegoś Wizzaira czy Ryanaira (nie pomnę) z Wiednia do Warszawy: zjawi się w domu w sam Wielki Piątek późnym wieczorem, a już w poniedziałek leci z powrotem do Bostonu. Trochę wariactwo – ale przynajmniej wpadnie.

***

Zmęczony jestem. Bardzo. Uświadomiłem sobie, że w zasadzie przez cały ubiegły rok nie miałem wakacji. Jasne, byłem na Filipinach – wyprawa fantastyczna, ale jednak wakacje to nie były (choć spędziliśmy dwa dni na plaży…). Wyjazd w sierpniu – choć także bardzo pozytywny – też nie był „wypoczynkowy”. Potrzebuję wakacji. Choć kilku dni oderwania od codzienności, wyjechania gdzieś, pobycia ze sobą samym albo w jakimś miłym (ale niewielkim!) towarzystwie. Tyle, że w najbliższym czasie nie mam na to najmniejszych szans. Może – MOŻE – jak wszystko dobrze się ułoży (…i będą jakieś pieniądze), to uda mi się wyrwać na kilka dni… we wrześniu. Na pewno nie wcześniej. A jest dopiero koniec marca.

A ja właśnie przez te ostatnie nieco zwariowane dwa tygodnie – i mając w perspektywie kolejne dwa podobne – coraz mocniej odczuwam to, że (mówiąc najprościej) nie mam już dwudziestu lat. Ani czterdziestu zresztą. Że zwyczajnie mam mniej siły niż kiedyś. Że szybciej się męczę, że jestem mniej odporny, że taka sama ilość „dodatkowych atrakcji”, które jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu skwitowałbym sarkastycznie, że „…ot, dzień świra” – dziś okazuje się dużo większym obciążeniem. I wymaga dużo dłuższej regeneracji. Na którą nie ma czasu ani środków.

No, to sobie pomarudziłem.

(Nie)Nasza Zima Zła, czyli Ucieczka z Noweg Jorku

Piłka w ramach jakiegoś konkursu dla studentów prawa pojechała niecały tydzień temu z ekipą z Harvard Law School do Nowego Jorku. Przez trzy dni brali tam udział w jakichś zajęciach i wydarzeniach, a w niedzielę mieli wracać do Cambridge (Massachusetts).

Słowo-klucz: MIELI.

Nowy Jork (i połowę Wschodniego Wybrzeża USA) sparaliżowała gigantyczna śnieżyca. Miasto zostało praktycznie zasypane. Pociąg, którym mieli wracać (podobnie jak wszystkie inne pociągi) został odwołany. Autobusy międzymiastowe nie kursowały. Drogi były nieprzejezdne. O samolotach nawet nie wspominam.

Dziś rano (!) śnieżyca już ustąpiła, sam Nowy Jork powoli wraca do życia, ale pociągi i autobusy (i tak dalej) w dalszym ciągu z miasta nie wyjeżdżają. Piłka wraz z siódemką kolegów i koleżanek dalej nie jest w stanie wrócić w okolice Bostonu. Z jednej strony – wszyscy są już wkurzeni i zmęczeni, czekają na nich różne zajęcia na uczelni i obowiązki. Z drugiej – jest to jednak dość niezwykła przygoda: w XXI wieku tak po prostu utknąć. NA MANHATTANIE.

Rozmawialiśmy dziś przez WhatsAppa – Piłka opowiedziała mi trochę o swoich nowojorskich przygodach. Bo śnieżyca i kompletnie zasypane miasto (plus ogłoszony przez władze miasta zakaz jazdy samochodami w godzinach nocnych) pozwala na zobaczenie Nowego Jorku z zupełnie innej strony, niż pokazują to przewodniki turystyczne. Zjeżdżanie na kurtkach (w braku sanek) spod Lincoln Memorial… Nocny jogging w Central Parku, w osiem osób, na śniegu… No i powrót do hotelu środkiem Piątej Alei (bo nic nie jeździ), przez zaspy, koło północy, kiedy przez dobre pół godziny byli jedynymi ludźmi w polu widzenia… Klimat jak z filmów postapokaliptycznych.

Dziś już podobno jest lepiej, ale ponieważ pociągi nie jeździły przez trzy dni (o samolotach nie wspominając), to dostanie jakichkolwiek biletów do Bostonu graniczy z cudem. Na razie są na etapie prób wypożyczenia samochodów (wśród tej ósemki są dwie osoby z amerykańskim prawem jazdy, więc to do zrobienia). Tyle, że to 340 kilometrów, koło czterech godzin jazdy… w normalnych warunkach.

A warunki normalne nie są i kto wie, jak wyglądają drogi na trasie Nowy Jork – Boston.

To się nazywa przygoda… Trochę się o nich denerwuję – a trochę zazdroszczę (…kto mnie zna, ten się nie zdziwi 😉 )

Dokąd, ośle…

Obiecuję sobie, że wrócę do pisania, ale za każdym razem, kiedy chcę się za to wziąć, coś „wypada”. Dużo ostatni spraw, które sprawiają, że nie chce mi się pisać, nie chce mi się opowiadać, nie chce mi się tłumaczyć. A z czasem – oczywiście – sprawy się nawarstwiają, więc kolejnym dniu czy tygodniu jeszcze trudniej się zabrać za pisanie, bo tych spraw do opisania czy wyjaśniania jest coraz więcej. Więc siadam, patrzę przez chwilę – a potem i tak kończy się na „…bez sensu”.

Nie, to nie jest tak, że wszystko jest źle, wszystko się wali, nic się nie udaje. Obiektywnie patrząc jest… Przeciętnie. Zapewne. Tylko kilka poważniejszych problemów… i milion drobnych spraw, które sprawiają, że trochę nie mam siły na to wszystko.

Pamiętam, jak kiedyś tu pisałem zirytowany o problemach finansowych. I co? I minęło ileś lat (a ten blog ruszył już ponad dwadzieścia lat temu!) – i dalej jest tak samo. Znowu gdzieś brakuje, znowu czegoś się nie da, znowu trzeba nerwowo czekać, czy aby przelew zdąży wpłynąć zanim będzie musiał wypłynąć (…że się tak wyrażę). Nawet jak przez chwilę jest lepiej – to zaraz znowu nie jest. Tym razem przelew ma wpłynąć w piątek (…„do piątku”, ale realnie oznacza to piątek, rzecz prosta). Problem polega na tym, że w czwartek muszę coś zapłacić. I co z tym fantem zrobić? Jakieś drobne zagięcie czasoprzestrzeni byłoby niezłym wyjściem…

Jasne, jasne, z głodu nie umrę, będę musiał pożyczyć (…od kogo?) i tyle. A potem wpłynie, to oddam. Co oznacza, że to, co wpłynie, już będzie uszczuplone. I nawet to by było do wytrzymania – „zacisnąć pasa”, przeczekać, za kilka dni kończę książkę, więc niedługo niby jakaś kasa będzie… Tyle, że jest styczeń. A w lutym będzie rachunek za gaz. A przez ostatni miesiąc temperatury były takie, że jak pomyślę o wysokości tego rachunku, to już nawet ogrzewania nie musze podkręcać , bo i tak mi się gorąco robi.

I tak w nieskończoność.

***

Mówiłem Wam kiedyś o osiołku w kieracie…? Obrazek usłyszany na jakichś rekolekcjach. Osiołek chodzi w kieracie. Kierat, praca, codzienne życie, porównanie banalne do bólu. Tyle, że jak się chwilę zastanowić…

Taki „kierat” kojarzy nam się z pracą bez sensu i bez celu, męczącą po prostu. Ale to nieprawda. Kierat nie jest bez sensu. Kierat ma cel. Kiedy osiołek kręci kieratem, to (na przykład) pompuje wodę, która nawadnia pole. To jest potrzebna i ważna praca! Bez wody pole nie obrodzi, bez ciężkiej pracy osiołka nie będzie jak żyć. Praca osiołka ma sens. Ma cel. Jest potrzebna. Ale…

Osiołek chodzi w kieracie cały dzień. Wieczorem jest zmęczony. Bolą go nogi, jakby przeszedł wiele kilometrów. Nie, nie „jakby”. Przecież właśnie przeszedł wiele kilometrów! W końcu szedł cały dzień.

Cały dzień szedł przed siebie, w dodatku z obciążeniem. Wiedział, że nie może przestać, że jego praca jest potrzebna, że nie może zawieść. Szedł, szedł, szedł…

…ale wieczorem, po całym dniu chodzenia, dalej był w tym samym miejscu, co rankiem. Smutne, co?

A potem, raz na jakiś czas, osiołek ma czas, żeby się zatrzymać. Jakaś chwila wolnego, jakieś małe wakacje, jakieś rekolekcje… Więc osiołek ma też czas, żeby pomyśleć. Żeby przeanalizować całą swoją sytuację. A kiedy już widzi – podejmuje jakąś refleksję. Patrzy na to wszystko z perspektywy.

Więc kiedy wraca do pracy, zaczyna… Chodzić szybciej.

Tyle. Morału dziś nie będzie.

Są za to dwie świetne płyty, które chciałem Wam polecić. Ale to już nie dziś. Stay tuned.

Spieszmy się.

Zmarł Jan Turnau – mądry i dobry człowiek, publicysta, animator dialogu ekumenicznego. Pisał mądrze (parafrazując ś.p. księdza Tischnera – pisał nie tylko do rzeczy, ale też do ludzi).

Poznałem Jana ćwierć wieku temu, kiedy zaczynałem pracę w Jednej Gazecie. Poniekąd poprzez niego tam trafiłem. Zdarzało nam się rozmawiać na bardzo różne tematy (ale z nim nigdy nie rozmawiało się „o niczym”), kilka razy miałem okazję z nim współpracować (wspólnie robiliśmy na przykład wywiad z o. Timothym Radcliffe’em, wówczas generałem dominikanów, w ubiegłym roku mianowanym kardynałem przez Franciszka). Wiele razy pomagał mi zdobywać potrzebne informacje. Miał „namiary” i bezpośrednie numery telefonów do połowy episkopatu, mnóstwa innych ludzi istotnych w Kościele, ale też do przedstawicieli innych kościołów, do rabinów, do wielu muzułmanów. Znali go niemal wszyscy, a on zawsze był sobą – człowiekiem o niezwykle przenikliwym spojrzeniu, ale skromnym, dobrym, otwartym, raczej słuchającym innych, niż mówiącym o sobie.

Kiedy odszedłem z gazety (krótka to była przygoda, niecałe trzy lata…), utrzymywaliśmy kontakt… Z rzadka. Ja dzwoniłem do niego w dniu jego urodzin (łatwo mi było pamiętać, bo miał urodziny w tym samym dniu, co moja M.). On odzywał się też może raz w roku, pytał co u mnie słychać. Po śmierci M. zadzwonił i powiedział dosłownie dwa zdania – że mi współczuję, że pamięta), a potem długo milczał do słuchawki.

A potem jakoś nam się ten kontakt wyciszył. Co roku dwudziestego trzeciego lutego myślałem, żeby do niego zadzwonić – ale jakoś nigdy tego nie zrobiłem. Kiedy we wrześniu spotkałem się „po latach” ze znajomymi z gazety, pytałem o niego – ktoś powiedział, że jest już bardzo słaby, że się bardzo postarzał, choć „wygląda tak jak zawsze” (bo Jan „od zawsze” wyglądał jak mocno starszy pan). Pomyślałem, że muszę się do niego odezwać. I że w lutym, na jego urodziny, zadzwonię. I pewnie bym to zrobił, ale wczoraj dowiedziałem się, że odszedł.

To „…spieszmy się kochać ludzi…” z wiersza księdza Twardowskiego (też Jana…), bywa powtarzane, parafrazowane, przekształcane na tyle sposobów, że stało się niemal memem. Że już prawie trąci banałem. A jednak…

Spotkania, Wspominki i Mnóstwo ADHD

Tydzień temu (tak, niestety znowu minął tydzień, zanim zabrałem się do napisania o czymś, o czym chciałem napisać…) wziąłem udział w wydarzeniu tyleż zabawnym, co surrealistycznym.

Jak niektórzy z Was wiedzą, wiele lat temu pracowałem jako dziennikarz w dziale miejskim Jednej Dużej Gazety. Przepracowałem tam dwa i pół roku, ciekawe to było doświadczenie, dużo się nauczyłem (…o wielu rzeczach…), nigdy tego nie żałowałem, ale też nigdy nie tęskniłem za powrotem, przekonawszy się, że klasyczne (zwłaszcza typowo miejskie) dziennikarstwo to nie jest to, co na dłuższą metę chciałbym w życiu robić.

I nagle, jakiś miesiąc temu, dostałem maila od koleżanki, która była (i chyba dalej jest, od niepamiętnych czasów) sekretarzem redakcji w tymże miejskim dodatku. Że długo szukała, że nie jest pewna, czy to na pewno mój adres, ale jeśli tak, to oni właśnie organizują zjazd z okazji trzydziestopięciolecia istnienia tegoż działu – i zapraszają wszystkich, którzy kiedykolwiek pracowali. I czy jestem zainteresowany.

Jasne, że byłem – zwłaszcza, że impreza weekendowa, prawie bezkosztowa, w kapitalnym miejscu na Mazurach (szczegółów nie podam, ale fantastyczny ośrodek nad pięknym jeziorem w środku głuszy, objętym strefą ciszy – prowadzony przez inną z byłych koleżanek z redakcji i jej zagranicznego męża).

No i pojechałem. Przeżyłem. Siedzieliśmy przy ognisku pod przepięknymi gwiazdami (zero „zanieczyszczenia światłem”), pływaliśmy po jeziorze tratwami, oglądaliśmy start wielkie balonu, uprawialiśmy wspominki, snuliśmy długie nocne Polaków rozmowy z gatunku „…no i co u ciebie słychać” z ludźmi, z którymi ostatni raz widzieliśmy się (ja się widziałem) jeszcze przed wejściem Polski do UE… Było to w sumie naprawdę kapitalne przeżycie, bardzo się cieszę, że tam byłem, ale…

Różne refleksje mi się nasuwają…

Z większością tych ludzi nie widziałem się od dwudziestu trzech lat (choć na przykład kolegę Krzysia spotkałem kilka lat temu na szczycie Wielkiej Rawki). To, że niektórzy bardzo się zmienili, trudno uznać za dziwne, zważywszy, że minęło prawie ćwierć wieku. Znacznie dziwniejsze było to, że niektórzy nie zmienili się w ogóle – wyglądali tak samo, jak wtedy (panowie w większości nieco posiwiali, panie… mniej 😉

Niesamowita zbieranina ludzi szalonych, zakręconych, w większości sympatycznych i fajnych, bez wyjątku błyskotliwie inteligentnych. Nie da się ukryć, że duża część jeśli chodzi o spojrzenie na świat i życie to postaci „z zupełnie innej bajki” niż większość moich przyjaciół i znajomych – i całe środowisko, w którym żyję na co dzień. Ale – paradoksalnie – to mi akurat zupełnie nie przeszkadzało (ani im). Różnice poglądów i przekonań to w takim środowisku (wbrew pozorom) rzecz normalna i akceptowana. Było natomiast coś innego, co sprawiło, że choć weekend był generalnie wspaniały, to wyjeżdżając z powrotem do domu poczułem jednak pewną ulgę i uświadomiłem sobie, że… Jakby to najkrócej… Dwa dni – super, ale jakbym miał z tymi ludźmi pobyć dłużej (albo na co dzień się wśród nich obracać), to… „No, thank you”.

O co zatem chodzi, spytacie, skoro nie o różnice w poglądach i (że sięgnę po nieco górnolotne zwroty) wyznawanych wartościach?

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jaki jestem na co dzień. Że jest gadułą, że często mówię za dużo, że często szybciej mówię niż myślę, że czasami zachowuje się, jakbym miał lekkie (lekkie…) ADHD (które zapewne mam, tylko nikt mnie nigdy nie diagnozował). Dziś, kiedy mam lat tyle, ile mam, to już się mniej rzuca w oczy i ma zdecydowanie mniejszą intensywność – ci z Was, którzy mnie znają dłużej, wiedzą, że kiedyś było gorzej 😉

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”) wyobraźcie sobie, że spędzacie czas w towarzystwie prawie pięćdziesięciu osób, z których (+/-) dwadzieścia jest takich jak ja, dziesięć – tak samo, tylko BARDZIEJ, kolejnych pięć – tak samo, tylko DUŻO BARDZIEJ, a pozostali (na oko) albo są dziwakami, albo po prostu wysokofunkcjonującymi aspergerami. Średni iloraz inteligencji w tym gronie był na pewno dużo wyższy od średniej w populacji, ale poziom nakręcenia, energii (kreatywnej – ale nie tylko…) i „wysokich obrotów” – także. To trochę specyfika tego zawodu, oczywiście, ale zauważyłem, że dziś na dłuższą metę jest to dla mnie męczące. Kiedy w niedzielę po południu wróciłem do domu, jeszcze przez kilka godzin czułem się „nakręcony” – w końcu, wieczorem, żeby się wyciszyć, pojechałem do R. (osiem kilometrów od domu), gdzie jest mały klasztor mniszek dominikanek z prostą, do późna otwartą kaplicą, w której o tej porze nikogo już zwykle nie ma – a jest półmrok, cisza i mury „przesiąknięte latami modlitwy”, jak to kiedyś ujął pewien mój znajomy.

Przerywnik Kronikarski

Jak już ktoś w komentarzach prosi, żebym dał znak życia, to chyba naprawdę muszę się odezwać. Jakoś mi ciężko ostatnio wziąć się za napisanie czegoś tutaj. Z wielu spraw to wynika – po części oczywiście z nadmiaru (wszystkiego) i zabiegania, ale też z różnych różności, które sprawiają, że nie mam… Czy ja wiem? „Nastroju” to chyba nie jest właściwe słowo.

O Filipinach napiszę jeszcze jeden „odcinek”, ale już nie dziś. Dziś – krótka Kronika Wydarzeń, Wypadków i innych W.

***

Piłka – jak niektórzy z Was już wiedzą – ostatecznie wylądowała na magisterce za oceanem. Atlantyckim. Na Oxford – gdzie też się (oczywiście…) dostała nie udało jej się dostać wystarczającego stypendium. A na Uniwersytet Harvarda – owszem. Więc robi roczny kurs masters (czyli magisterkę) na Harvard Law School. Dzwonimy do siebie przez komunikator, piszemy takoż. Piłka opowiada o różnych śmiesznych (z punktu widzenia Europejczyka) specyfikach Kraju Za Wielką Wodą. Uczelnia oczywiście super, wykłady, zajęcia, praktyki… Ale życie codzienne w kraju Pomarańczowego Przywódcy to zdecydowanie nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Rok na studiach – jak mówi – jakoś przetrwa, ale mieszkać tam na stałe nie chciałby absolutnie.

BTW – to zabawne, że po zrobieniu BA w Cambridge teraz studiuje na Harvardzie, który leży pod Bostonem – w miejscowości o nazwie… Cambridge. Cambridge, Massachusetts.

***

Pucek zaczyna klasę maturalną. Już się boję. Poza tym zaczął trenować Muay Thai. Więc teraz możemy już działać na wszystkich frontach: jak trzeba będzie kogoś przekonać lub zagadać, to ja jestem w tym dobry; jak będzie go trzeba zniszczyć intelektualnie i zalać błyskotliwym sarkazmem – to tym się zajmie Pietruszka; jak będziemy chcieli go pozwać, to będzie zadanie dla Piłki; a jak będzie trzeba komuś wp…, eeee, wlać – to tym się zajmie Pucek. Będziemy nie do pokonania 😉

***

Spędziliśmy weekend w C. (Dolny Śląsk), u cioci, gdzie nie byliśmy razem od prawie dwóch lat (tak się jakoś złożyło). Było jak zwykle bardzo miło, jednego dnia pojechaliśmy sobie w takie sympatyczne górki, które nazywają się Rudawy Janowickie – i pochodziliśmy sobie parę godzin (zrobiliśmy dużą pętlę od schroniska Szwajcarka).

Kiedy zmęczeni (przyjemnie) i nieco brudni wróciliśmy do samochodu, nasz samochód… Nie odpalił. Wszystko działało, akumulator był wyraźnie naładowany, ale przekręcanie kluczyka w stacyjce nic nie dawało. To jest jakieś cholerne fatum: nasze kolejne auta zawsze mają jakieś problemy akurat jak jesteśmy w C. – i oczywiście ZAWSZE w piątek po południu lub w sobotę, kiedy wszystkie warsztaty są zamknięte.

Mimo wielokrotnych prób Czerwca Strzała odmawiała posłuszeństwa, wyświetlając za to na ekranie pokładowego komputera irytujący komunikat „Naciśnij sprzęgło, aby uruchomić silnik” (jak się domyślacie – sprzęgło przecież naciskałem). Stanęło na tym, że chłopcy wypchnęli mnie z miejsca parkingowego, a że parking był na zboczu, to dalej nie musieli nawet pchać: rozpędziłem się chwilę jadąc w dół i dopaliłem silnik „z dwójki”. Zaskoczył. Pojechaliśmy do C. Na miejscu zgasiłem silnik – i odpaliłem ponownie bez problemów. Nawet kilka razy, dla pewności.

Uspokojony, że to jakaś jednorazowa sprawa, uznałem, że podrzucę Strzałę do mechanika jak wrócimy do domu. Następnego dnia (wczoraj, w niedzielę) pojechaliśmy do Legnicy (bez kłopotów), a potem z Legnicy do Złotoryi (tak samo). Ale jak po spacerze i zwiedzaniu chcieliśmy wracać do C., cała sytuacja się powtórzyła. Znowu „Naciśnij sprzęgło…”. I cisza. I znowu odpalanie „na pych”. No żeż.

Konsultacja telefoniczna ze znajomym (inżynierem) potwierdziła moje podejrzenia: najprawdopodobniej uszkodził się czujnik, który informuje komputer o tym, że sprzęgło jest wciśnięte (a bez tego rozrusznik nie działa). Na szczęście problem (jak widać) występuje tylko czasami. Na szczęście dziś rano odpaliliśmy bez problemu, bez problemów dojechaliśmy do domu, a ja bez problemów odwiozłem Strzałę do mechanika. Który po wysłuchaniu opowieści potwierdził, że najprawdopodobniej to właśnie rzeczony czujnik jest problemem. I to jest dobra wiadomość, bo wymiana takiego czujnika to groszowe koszty. A jakiekolwiek nie-groszowe koszty mogłyby być problemem. Dla odmiany.

To teraz tylko czekam, czy się przypadkiem pralka nie zepsuje, bo przecież

Za górami, za lasami, na dalekich morzach…

Obiecałem, że napiszę – i oczywiście po raz kolejny mi się nie udało. Niewiele brakowało, a spełniłbym obietnicę dopiero po powrocie. Jutro dzień będzie szalony, na pewno nic nie napiszę, a pojutrze rano wyruszam. A po-pojutrze rano będę już za górami, za lasami…

Tym razem tych gór (…i lasów) będzie naprawdę sporo. Drugi raz w życiu będę tak daleko od domu. Pierwszy był w roku 1993, kiedy w ciągu półtora miesiąca autobusami i autostopem przejechałem wzdłuż i wszerz całe Stany Zjednoczone. Pojutrze rano zaczynam wyprawę na porównywalną odległość (…sumarycznie chyba nawet nieco większą), tylko w zupełnie przeciwną stronę. Czyli równie daleko, ale za to kierunek jest nieco mniej oczywisty. Jasne, jest na świecie jeszcze parę miejsc, gdzie jest dalej – ale już nie tak bardzo dużo…

W sobotę rano (czasu miejscowego, w Polsce będzie wtedy środek nocy) będę w Manili, a wczesnym popołudniem (czasu miejscowego) w Silay, niedaleko Bacolod na wyspie Negros.

Tak, Panie i Panowie – lecę na Filipiny. Wyjeżdżam w piątek rano, wracam 13 maja.

Dodam (…żebyście nie pomyśleli, że wygrałem w Lotto…): nie, nie będzie to wyprawa turystyczna (choć, rzecz prosta, to i owo na pewno uda się zobaczyć – na czele z aktywnym wulkanem Kanlaon). Razem z grupą animatorów z Ruchu będziemy tam prowadzić dwie krótkie serie rekolekcji. Czyli jadę na misje…

Co, jak, dlaczego, jak do tego doszło – to naprawdę długa historia, którą nie omieszkam się z Wami podzielić, ale już raczej po powrocie. Jutro czeka mnie wielkie pakowanie i załatwianie tysiąca Bardzo Ważnych Spraw, więc chyba muszę już kłaść się spać.

Powiem Wam tylko jedno: tak się złożyło, że akurat jak tam będziemy, odbędzie się konklawe i (najprawdopodobniej) zostanie wybrany nowy papież. Jednym z „papabile” – wymienianym wśród piątki najbardziej prawdopodobnych kandydatów – jest były arcybiskup Manili, kardynał Luis Antonio Tagle. Więc gdyby się okazało, że to on zostanie nowym biskupem Rzymu – to byłoby naprawdę niesamowite doświadczenie, móc być świadkiem jego wyboru w jego ojczyźnie.

***

Cieszę się na ten wyjazd, oczywiście, jak głupi… To niesamowite „combo”:

  • bardzo daleko;
  • Azja (pierwszy raz);
  • wyspy…
  • …na Pacyfiku (!)
  • prawie na równiku (będziemy dokładnie 4 stopnie nad równikiem)
  • …no i w ogóle kompletny Koniec Świata

…czyli wszystko to, co Tygrysy lubią najbardziej.

Co nie zmienia faktu, że jest kilka spraw, które moją radość nieco przytępiają. Kilka spraw, o które się martwię (nie tam, nie w podróży – ale w tym, co zostawiam tu, w domu). Więc tych z Was, którzy mają takie zwyczaje, proszę o duchowe wsparcie…

Takie sobie marudzenie…

Wybaczcie, że mało piszę. Nie dlatego, bynajmniej, że nic się nie dzieje (…choć naprawdę nie dzieje się nic…), bo dzieje się dużo. Ale jakoś nie mam siły. Nie mogę się zebrać. Co, rzecz prosta, jest bez sensu, bo właśnie powinienem się zebrać, bo to pisanie pomaga mi zebrać myśli, zobaczyć pewne rzeczy jaśniej, spojrzeć z dystansu.

Ale co z tego, skoro nie mogę. Poczucie zapętlenia, niemożności, bezsilności sprawia, że kiedy chcę usiąść i coś napisać, jakiś wewnętrzny głos mówi „…ale po co… nie mam siły… nie chce mi się…”. Nienawidzę poczucia bezsilności. Nienawidzę sytuacji, kiedy po prostu nic nie mogę zrobić, kiedy jedyne, co mi zostaje to czekanie, aż sprawy się ułożą.

Tak, mam pełną świadomość tego, że to oczekiwanie (…i realna nadzieja, że sprawy się rzeczywiście ułożą) jest efektem tego, że wcześniej zadziałałem, że podjąłem określone decyzje. I mam świadomość, że były to słuszne decyzje.

Ale to nic nie zmienia. Konieczność patrzenia, jak „sprawy powoli się układają” – bez możliwości interwencji, zmiany czegoś, przyspieszenia ich… – jest dla mnie torturą. Tym większą, że patrzę na czyjeś cierpienie, czyjeś zmagania. I nie jestem w stanie pomóc „tu i teraz”.

Wybaczcie, że nie wchodzę w szczegóły (choć niektórzy z Was je znają…). Ale tych pozostałych też proszę – westchnijcie w intencji…

***

Tymczasem – o czym tu dotąd nie pisałem – poza wszystkim innym przede mną naprawdę wyjątkowa wyprawa. Po Wielkanocy wyruszam w miejsce naprawdę niezwykłe. Niezwykłe przez swoje położenie, niezwykłe przez fakt, że tam jeszcze nie byłem, niezwykłe przez odległość (ostatni raz tak daleko od domu byłem ponad trzydzieści lat temu, jak podróżowałem po Stanach; to będzie porównywalna odległość, choć miejsce dużo mniej oczywiste, a przez to – z perspektywy Wędrowca – jeszcze bardziej pociągające). Nie będzie to wyprawa turystyczna (choć oczywiście jakiś element Wielkiego Wędrowania też się w tym znajdzie). Więcej szczegółów może następnym razem (…taki mały cliffhanger…).

No i powinienem się cieszyć i być nakręcony samą wizją… Ale jestem tylko trochę. To, o czym pisałem na początku, sprawia, że boję się tego czasu. Tak, jak dzieliłem się w rozmowie z kilkoma osobami, które też tam jadą: paradoksalnie nie boję się drogi, nie boję się wyprawy, związanych z nią wyzwań (jestem Jaś Wędrowniczek, Włóczykij, Wędrowiec, droga to mój żywioł…) – boję się tego, co zostawiam za sobą tu, w domu.

Ale może niepotrzebnie. Może właśnie tak ma być. Może właśnie to moje zniknięcie na dwa tygodnie sprawi, że coś się szybciej ruszy do przodu. Może doda energii, zmobilizuje do działania. Chcę mieć taką nadzieję.

***

Taka myśl, która ostatnio wraca i domaga się przemyślenia: z odwagą – czy też, patrząc z drugiej strony, ze strachem – jest tak samo, jak z miłością (tą w znaczeniu Agape) czy z przebaczeniem. Tu nie chodzi o uczucia (w sytuacji zagrożenia tylko głupiec się nie boi), ale o świadomą decyzję. Odwaga to nie brak uczucia strachu – ale zdolność robienia tego, co właściwe, mimo strachu.

***

A mówiłem Wam, że Piłka przebiegła ten półmaraton w Cambridge? Coraz częściej się zastanawiam, czy jednak jej nie podmienili w szpitalu jako noworodka…

***

Passenger na koniec. Posłuchajcie. Bardzo mnie ta piosenka poruszyła. Ten człowiek jest naprawdę świetnym „tekściarzem” (poza wszystkim). To kolejny utwór (po tym, który wrzuciłem w poprzednim wpisie) z muzycznej adaptacji książki „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” autorstwa Rachel Joyce.

Sound of Silence…

Trochę nie mam siły pisać. Jest taka dziwna zależność w moim życiu, że zawsze jak się wydaje, że wszystko się wali, że zostały już tylko gruzy i zgliszcza, to okazuje się, że jednak jest w tym wszystkim jakaś droga, że otwiera się nowa perspektywa, że coś się na tych gruzach jednak da zbudować.

Niestety, ten medal ma też drugą stronę, swój negatyw, lustrzane odbicie: czasami mam wrażenie, że zawsze, jak już się wydaje, że jest lepiej – że jest dobrze, że wszystko się jakoś układa – to wyskakuje coś, co ten obrazek burzy. Jakiś kolejny problem, kolejny dołek, kolejna przeszkoda.

Tak, to oczywiście prawda stara jak ludzkość, odwieczny cykl strapienia i pocieszenia, tak rzeczowo opisany przez Ignacego Loyolę.

To tym bardziej trudne, że ja – dawno już doszedłem do tego wniosku – naprawdę nie mam dużych wymagań. Nie oczekuję od życia rzeczy wielkich. Wstrząsających przeżyć, wybuchów emocji, największych wspaniałości. Milionów na koncie. Naprawdę. To, co mam, zupełnie mi wystarcza. Nie musi być rewelacyjnie. Nie musi być wspaniale. Nie potrzebuję wielkich wydarzeń, żeby się zachwycić.

Czasami chciałbym tylko, żeby było normalnie. Zwyczajnie. Spokojnie. Żeby nie musieć się martwić o codzienność, o przyszłość. O bliskich.

No i właśnie: ile razy tę normalność osiągam (czy, w każdym razie, już mi się wydaje, że ją osiągam…), tyle razy dzieje się coś, co ją zaburza. I bardzo często jest to coś, na co nie mam żadnego wpływu – albo mam wpływ bardzo niewielki.

Hey, Mr. Tambourine Man, play a song for me – I’m not sleepy and there ain’t no place I’m goin’ to…