Kilka dni temu zmarła Moya Brennan, legendarna irlandzka wokalistka, współzałożycielka grupy Clannad, siostra Enyi. Niezwykły głos, niezwykła wrażliwość muzyczna, artystka, która irlandzką – i w ogóle celtycką – muzykę rozumiała jak mało kto i jak mało kto potrafiła wydobyć z niej głębię i piękno. Choć raz nie muszę pisać, że „odszedł kolejny artysta, którego zawsze chciałem zobaczyć na żywo, ale nigdy mi się nie udało”. Parę lat temu byłem na jej koncercie, zaproszony przez moich Przyjaciół, w jednym z warszawskich klubów. Choć znałem jej muzykę z płyt, słuchanie jej na żywo było naprawę niezwykłym doświadczeniem, zwłaszcza w stosunkowo niewielkiej przestrzeni klubu muzycznego, w którym od sceny i występujących na niej artystów dzieli człowieka raptem kilka metrów.
***
Pisałem jakiś czas temu, że mam dwie płyty do polecenia… Trochę czasu minęło, płyty nie są już tak nowe, ale nadal uważam, że są warte posłuchania.
Pisałem kiedyś o australijskiej gitarzystce i wokalistce (w tej kolejności…) Steph Strings. No wiec (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) Steph wydała swoją pierwszą „dużą” płytę. Płyta nosi tytuł „Feel Alive” i zawiera dwanaście kawałków – bardzo różnych, ale z częścią wspólną w postaci kapitalnej gitary akustycznej, która czasami gra główną rolę, czasami nieco chowa się w tle, a czasami jest „tylko” tłem do śpiewania. Dwa czy trzy utwory są nieco „popowe”, w kilku słychać całkiem rockowy pazur, ale wszystkie są ciekawe muzycznie. No i ta gitara, wspominałem o gitarze…? Posłuchajcie sami, piosenki są na YouTube, są też na wszystkich Spotify, Tidalach etc. Szczególnie polecam kawałki „Devil Woman” czy „Blood & Bone”.
No i płyta z nieco innej bajki… Pamiętacie może Courtney Hadwin? Tę bodaj trzynastoletnią dziewczynkę, która występowała w amerykańskim „Mam Talent” i dostała „złoty przycisk”? Nieśmiała, niepewna siebie Courtney, która – kiedy zaczynała śpiewać – zamieniała się w huragan i wulkan energii w starym, dobrym, bardzo rockandrollowym stylu?…
No więc mała Courtney nie jest już mała, ma 22 lata, śpiewa jak szalona, widać, że w swojej wizji artystycznej jest konsekwentna. Ostro, rockowo, z powerem, na przesterze. Jak ktoś skomentował: „Myślałem, że takich modeli się już nie produkuje”. Jest w jej głosie coś, co rzeczywiście przywodzi na myśl inną epokę muzyki. Jakaś szczerość i autentyczność które przypominają, że muzyka (…rozrywkowa) nie sprowadza się do mdłej, popowej papki serwowanej nam przez większość współczesnych stacji radiowych. No i właśnie Hadwin także wydała swoją pierwszą „dużą” płytę zatytułowaną „Little Miss Jagged”. I muszę powiedzieć, że robi wrażenie. Potrafi „ryknąć” ciężkim rockiem – jak w „DNA”, Steady Rock Steady” czy „Electric” ale potrafi też być równie prawdziwa w bardziej nastrojowych i nostalgicznych klimatach, jak w kapitalnym, nastrojowym „Timeless”. Nie chcę tu sięgać po jakieś bardzo emfatyczne tony, ale mam wrażenie, że obserwujemy na żywo prawdziwą gwiazdę in statu nascendi. Że to głos, który zostanie w historii muzyki, kiedy ludzie dawno już zapomniał o wielu „wielkich gwiazdach”, które dziś sprzedają miliony biletów na koncerty… Posłuchajcie.
Byłem na ostatnim koncercie w Krakowie. Boże to było 4 lata temu! Dla mnie niezła wycieczka ale było warto. Niestety w tym czasie zmarło 2 wykonawców. Żal bo to jednak i „Robin Hood” i motyw z „Harrys Game” w „Czasie Patriotów”.
PolubieniePolubienie