Daleko, daleko… Część 2.

Jeśli ktoś się zaniepokoił, że będę teraz wrzucał tu opis całego pobytu na Filipinach, dzień po dniu – to spieszę uspokoić: takich planów nie ma. Chcę raczej – w kilku „blokach tematycznych” – opowiedzieć o ogólnych wrażeniach, przeżyciach i zaskoczeniach związanych z tą wyprawą. Dziś chcę powiedzieć trochę więcej o tej „inności”, o której wspomniałem w poprzednim wpisie – głównie w odniesieniu do przyrody.

Pisałem już, że księżyc „leży” na niebie poziomo, a za to Wielki Wóz „stoi” prawie w pionie. To, oczywiście, wynika z tego, że byliśmy na bardzo małej szerokości geograficznej: tak jak pisałem Bacolod na Negros leży kilka stopni nad równikiem (dla porównania – Warszawa to 52 stopnie i 13 minut szerokości północnej, a miejsce, w którym wcześniej byłam najdalej na południe – Dallas w Teksasie – to 32 stopnie i 46 minut). Co jeszcze z tego wynika? Dzień i noc są przez cały rok prawie równe: różnica czasu miedzy najdłuższym a najkrótszym dniem na Negros wynosi raptem czterdzieści pięć minut (u nas – prawie dziesięć godzin!). W czasie, kiedy tam byliśmy, słońce wschodziło przed szóstą rano – i zachodziło kwadrans po szóstej po południu.

Temperatury… Cóż, możecie sobie wyobrazić. Przez całe dwa i pół tygodnia termometr ani razu nie pokazał mniej niż 26-27 stopni – tyle było bodaj dwa razy. W nocy. W dzień w zasadzie nie zdarzały się temperatury poniżej trzydziestu, a bywało i koło czterdziestu. Na szczęście byliśmy tam w porze suchej: zdarzało się, że po południu przeszła burza, ale trwała plus minus kwadrans. Prawie cały czas wiał także lekki wiatr (…bądź co bądź byliśmy na wyspie, stosunkowo niedaleko od oceanu), dzięki czemu naprawdę dało się wytrzymać. Były trzy dni, które dla nas – Europejczyków z Północy – były naprawdę trudne. Pierwszy – kiedy niemal cały dzień lało. Drugi – następnego dnia, kiedy mokra ziemia parowała i w powietrzu była koszmarna wilgoć, która w połączeniu z temperaturą rzędu 38 stopni naprawdę dawała się we znaki. Trzeci – kiedy było koło czterdziestu stopni i w ogóle nie wiał wiatr, a powietrze było absolutnie nieruchome. Na szczęście w sypialniach i w sali, gdzie odbywały się wspólne spotkania, była klimatyzacja…

Przy okazji pogody wychodzi mnóstwo tych „inności”. Ot, choćby: jesteśmy (my, ludzie z Północy…) przyzwyczajeni do tego, że kiedy w lecie zaczyna padać, to można potem pootwierać okna, bo deszcz sprawia, że temperatura spada i robi się bardziej rześko… Niestety, w tropikach to tak nie działa. Jeśli jest 38 stopni i zaczyna padać, to dalej jest 38 stopni – tyle, że dodatkowo jest wilgotno.

Zupełnie inna jest otaczająca natura. Kiedy szliśmy z domków, w których mieszkaliśmy (o nich w innym „odcinku”…) do sali spotkań czy do jadalni (…o niej też wspomnę…), wszędzie otaczała nas zieleń. Jeśli szło się myśląc o czymś innym, można było odnieść wrażenie, że (nie licząc temperatury) idzie się przez park w dowolnym polskim mieście. Trawa pod nogami, krzewy, drzewa… Normalka. Ale wystarczyło skupić wzrok na dowolnej mijanej roślinie, drzewie czy krzaku, żeby natychmiast uświadomić sobie, że to jest inne, niż u nas. Rosły tam rzeczy, których w życiu wcześniej na oczy nie widziałem – oraz takie, które w Polsce widuje się w doniczkach, a tam przybierały formę ogromnych krzewów czy wysokich drzew. Koło naszego domku rosły na przykład żółte kokosy (zwane też zdaje się malajskimi) – zamiast klasycznych, „włochatych” orzechów rosły na nich kokosy intensywnie żółte, przypominające nieco melony, a nad owocami wyrastały jakieś dziwne kłącza czy odnogi, przypominające nieco „twarzołapy” z horrorów o ksenomorfach:

Wszędzie także rosły palmy – nie tylko te „zwykłe”, znane nam z filmów i pocztówek, ale także palmy zwane tam „foxtail”, czyli „lisi ogon”, ze względu na niezwykły, pierzasty kształt liści:

Na terenie rosły też między innymi mangowce – a zaprawdę, powiadam Wam, nie masz mango nad filipińskie mango! Jeśli jedliście tylko te mango, które można kupić w sklepie w Polsce, to nawet sonie nie wyobrażacie, jak jest różnica w smaku…

Kilka obrazków na koniec dzisiejszego odcinka, żeby pokazać Wam inność tego, co nas tam otaczało (dziś tylko flora, fauna następnym razem).

2 myśli na temat “Daleko, daleko… Część 2.

  1. A takie podobne koleusy to ja mam u siebie. Jak mi bardzo tęskno, mogę sobie popatrzeć.
    Golden coconut to rzeczywiście może być ten malajski. Hm.

    Mam u siebie takie zdjęcie z negroskich gór: domek z kamieni, miejsce na ognisko, jakieś ławeczki dookoła…. Mogłoby być w Tatrach. Tylko jak dokładnie przypatrzeć, to kamienie żółtawe a nie szare, iglaste drzewa to nie świerki, tylko araukarie, a góry w tle porasta nie bukowo-jaworowy bor, tylko palmy i bambusy….

    Polubienie

  2. Jak byłem dzieciakiem i byliśmy w Turcji, to jakoś wcale mi duże temparatury nie przeszkadzały. Ale prawda, bo większość pobytu spędzałem w wodzie.

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do 137 Anuluj pisanie odpowiedzi