Non omnis moriar…

Pogrzeb. Syn naszych znajomych zginął w wypadku. Miał piętnaście lat, był sympatycznym, fajnym dzieciakiem. W ubiegłym roku w czasie wyjazdu, kiedy moje Potwory zostały niechcący wrobione przeze mnie w opiekę nad młodszymi, był w grupie, którą opiekował się Pietruszka. Chłopak poszedł na rower, wychodząc jeszcze rzucił do swojej matki „Kocham cię, mamo!”. I już nie wrócił.

Wszystkich nas to bardzo poruszyło. Pietruszkę chyba siłą rzeczy najmocniej – choć nie należy on do ludzi, którzy publicznie płaczą czy głośno mówią o swoich emocjach, było widać, że było to dla niego trudne.

Kościół pełny. Jedną trzecią – a może i więcej – zajmowali jego koledzy i koleżanki ze szkoły. W szoku. Dziewczyny zapłakane. Chłopcy udawali, że się trzymają, ale miny mieli nietęgie. Dorośli też mieli oczy czerwone, co do jednego… „Nie takiego zakończenia wakacji spodziewaliśmy się” – powiedział na początku mszy proboszcz parafii.

Kazanie mówił ksiądz, który był przy nim w ostatnich chwilach życia, w szpitalu, udzielając mu sakramentów. Mówił bardzo „do ludzi” i po ludzku, powiedział parę mądrych rzeczy. Ale na koniec powiedział coś, po czym mnie po prostu rozkleiło. Cytuję z pamięci:

„Jasne, my, chrześcijanie, wierzymy w życie wieczne. Wierzymy w to, że śmierć nie jest końcem, że jest coś dalej, że kiedyś jeszcze się spotkamy, że nie cali umieramy. Ale muszę Wam powiedzieć coś szczególnego… Bardzo mi zależało, żebyście to usłyszeli, specjalnie prosiłem rodziców J., a oni, choć z oporami zgodzili się, żebym wam to powiedział.

Bo widzicie, w przypadku J. ta wiara w to, że śmierć nie jest końcem, że nie cali umieramy, ma także – poza wymiarem ostatecznym – bardzo konkrety wymiar doczesny. Bo w tej chwili, kiedy się tu spotykamy, kiedy w czasie tej mszy gromadzimy się przy trumnie J., jego serce dalej bije. Dosłownie. Bije w piersi innego młodego człowieka, któremu w ten sposób uratowano życie. Jestem księdzem, nie mam dzieci, nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co czują rodzice, którzy stracili syna. Ale rodzice J. w takiej chwili, w takim cierpieniu, potrafili zdobyć się na wielkoduszność, wyrazić zgodę na transplantację, która uratowała komuś życie. I teraz serce ich dziecka dalej bije. Jeśli to nie jest heroizm, to nie wiem, co nim jest.”

2 myśli na temat “Non omnis moriar…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s