Mruczanka Supermarketowa

Wiecie, co to są Danonki? Takie serki w małych pudełeczkach, o różnych owocowych (i nie tylko) smakach. Niektóre dzieci to lubią. Puchatkowe na przykład.

Od dłuższego czasu producent – w ramach promocji – do każdego „czteropaku” takich serków dołącza „bonus” w postaci magnesików na lodówkę z literami alfabetu. Taki mały obrazek, pokryty od tyłu magnetyczną folią: duża, kolorowa literka i obrazek czegoś, co się na tę literkę zaczyna.

Potwory uwielbiają Danonki, a jeszcze bardziej – magnetyczne literki. Dopytują bez końca (zwłaszcza Pietruszka) „Jaka to literka”, albo upewniają się, że „To jest BE, plawda? BE jak bulak?” (Puchatek zaznacza, że nie zamierzał w ten sposób czynic najmniejszej nawet aluzji do niektórych Nowych Posłów!)

Wczoraj Puchatek był na zakupach w Dużym Sklepie. Kupował – między innymi – rzeczone serki.

Obśmiejecie się: Puchatek musiał (ku lekkiemu zaniepokojeniu Pana Ochroniarza) przekopać się przez DWIE WARSTWY serków leżące na wierzchu – dopiero w trzeciej warstwie znalazł czteropaki serków, z których NIE UKRADZIONO TYCH CHOLERNYCH LITEREK.

Puchatek naprawdę podziwia pomysłowośc Rodaków – żeby babrać się w zamkniętych czteropakach Danonków tak, żeby ich nie rozerwać (bo to by mogło zwrócic uwagę Pana Ochorniarza na przykład) tylko po to, żeby wyciągnąć z nich tandetny (nie oszukujmy się: tandetny właśnie) magnesik na lodówkę?

Kiedyś Puchatek widział – w Jeszcze Większym Sklepie – jak jakiś pan w średnim wieku (NAPRAWDĘ nie wyglądający na biednego…) nałożył do plastikowej torebki kilkanaście główek cebuli, zważył ją na elektronicznej wadze, nalepił stosowną nalepkę z kodem oaskowym, poczym… dorzucił do torebki jeszcze dwie spore cebulki.

Zważywszy, że kilo cebuli kosztuje koło złotówki – ile na tej operacji „zarobił”? Dziesięć groszy? Piętnaście?

Puchatek pomyślał wtedy, że nic durniejszego już nie zobaczy.

Ale się mylił. Bo teraz te literki. Żygać się chce.

😦

Mruczanka O Twardej Kobiecie

Tragedia w jednym akcie.

Osoby dramatu:

Piłeczka (lat prawie dwa).
Mama piłeczki, czyli M.
Szymuś, kolega z „przedszkola”, półtora roku, przez Piłeczkę zwany „Cimusiem”.
Rowerek (rola bez kwestii mówionych).

Piłeczka: Maaamo! Maaaamo!

M.: Słucham, Piłeczko?

Piłeczka: Piłecka ciała lowelek. Piłecka ciała blum blum.

M.: No i co?

Piłeczka: Ale Cimuś teś ciał lowelek.

M.: I co zrobiłaś?

Piłeczka: Piłecka BAAAAM Cimusia.

…Kurtyna.

Mruczanka W Zasadzie Wcale Nie Polityczna

Opowiem wam zupełnie nie polityczną historyjkę z niespodziewanie polityczną pointą. Historyjka jest stuprocentowo autentyczna. Pointa natomiast – rzecz prosta – to czysto subiektywne skojarzenie Autora. Czyli moje.

Pewna Dobra (choć Dawno Nie Widywana, bo Mieszkająca Obecnie na Drugim Końcu Polski) Znajoma Puchtaków lat temu trzy wyszła była za mąż.

Jej mąż miał – nazwijmy to umownie – kryminalną przeszłość. Nic poważnego, broń Boże – jakieś „błędy młodości”, jakieś nie do końca uczciwe interesy, jakieś wyłudzone i niespłacane kredyty. Wszystko to ładne parę lat temu.

Mąż nigdy tej przeszłości przed Znajomą Puchatków nie ukrywał. Także dlatego, że była to naprawdę przeszłość. Gdzieś po drodze człowiek ów się zmienił. Chyba można użyć słowa „nawrócił”. Porzucił dawne sprawki, naprawił co zepsuł, pooddawał długi. Znalazł uczciwą pracę, odstawił dawne towarzystwo, zaczął zupełnie nowe życie. Już w tym „nowym życiu” spotkał Znajomą Puchatków.

Ostatnio okazało się, że jakaś część przeszłości jednak się za nim ciągnie. Okazało się, że – choć długi pooddawał – to pozostał dłużny pieniądze z tytułu odsetek jakiemuś bankowi. Pieniądze były nieduże, ale odsetki mają to do siebie, że rosną – i uzbierało się tego trzy tysiące.

Męża znajomej wezwano do sądu na rozprawę w sprawie tych pieniędzy. Pech chciał, że oboje byli wtedy na jakichś wakacjach, zresztą szczegółów nie znam – ostatecznie okazało się, że nie dowiedział się w porę o rozprawie i nie stawił się na niej. Sąd – jako dłużnika – skazał go w związku z tym na „odsiedzenie” długu. Przeliczyli mu te trzy tysiące na osiem miesięcy więzienia.

No i mąż Znajomej siedzi. Siedzi już cztery miesiące, jeszcze cztery mu zostały.

Znajoma jest załamana, co łatwo zrozumieć. Mąż podchodzi do całej sytuacji – moim zdaniem – w sposób niezwykle dojrzały. Powiedział: „jestem winien, to siedzę. Spłacimy ten dług i rozliczenia z przeszłością będą zamknięte ostatecznie”.

Oboje zastanawiają się, czy sąd wyrazi zgodę na przepustkę na Boże Narodzenie…

Cóż, historia smutna, ale z nutą nadziei: ludzie się zmieniają, potrafią uczciwie rozliczyć się z przeszłością, zacząć nowe życie i nie dać się złamać. Osiem miesięcy więzienia to koszmar – ale jeśli sam uwięziony traktuje je jako pokutę i „zamknięcie rozliczeń”, to jednak jest akcent pozytywny.

A dlaczego to opowiadam? Ano właśnie po to, żeby na końcu dodać niespodziewanie polityczną pointę.

Nie chcę być źle zrozumiany: absolutnie nie uważam, że on nie powinien odpowiadać za swoje czyny albo że „powinni mu darować, bo się zmienił”. Natomiast przyznam, że kiedy usłyszałem o tej sytuacji, nasunęła mi się myśl w gruncie rzeczy bardzo mało optymistyczna. Ujmując to możliwie krótko i lapidarnie, sytuacja wygląda tak:

Żyjemy w kraju, w którym można mieć wobec banku trzy tysiące długu i pójść za to do więzienia, albo mieć kilkaset tysięcy długu i zostać wicemarszałkiem sejmu.

Czyli:

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są bardziej równe, niż inne”.

Mruczanka Zaduszkowa Inaczej

Wszystkich Świętych… Zaduszki…

Podobnie jak Cytrynka niespecjalnie lubię w te dni odwiedzać cmentarze. Nawet nie z powodu tłumów (bo to akurat dosyć zrozumiałe…). Cmentarz po zmroku, rozświetlony tysiącami lampek i zniczy wygląda naprawdę tajemniczo i pięknie. Ale…

Ale. Szlag mnie trafia – nieodmiennie, co roku – jak widzę zachowanie ludzi na cmantarzu. Nie, nie chodzi mi o „rewię mody” (to wprawdzie śmieszne, ale można na to po prostu nie zwracać uwagi).

Są natomiast sprawy, na które nie zwracać uwagi nie potrafię.

Kiedyś cmentarz – każde zresztą miejsce pochówku – był „ziemią świętą”. Obowiązywały na nim w zasadzie takie same reguły, jak w kościele. Cisza. Godne zachowanie i strój. I tak dalej.

A dziś? Najgorzej jest w wielkich mastach. W małych miasteczkach czy wioskach nieco lepiej, ale też nietęgo.

Jak się dojeżdża do warszawskiego Cmentarza Północnego w okolicy Wszystkich świętych, to już z daleka widać chmurę dymu. Nie, nie ze zniczy. Z grilli i barków. Hamburgery, hot-dogi, kiełbaska z rożna, pańska skórka. Teoretycznie – dla tych, co zmarznięci wychodzą z cmentarza. W praktyce wygląda to tak, że trzy czwarte „zwiedzających” (tak, to chyba właściwe słowo…) łapie w dłoń bułę z kotletem albo kiełbachę na papierowej tacce i dalej między groby. Zapach zniczy i chryzantem miesza się ze smordem przypalonej kiełbasy, na groby kapie w równych proporcjach stearyna i ketchup, słychać szmer modlitw i mlaskanie.

Palenie papierosów na cmentarzu stało się normą. Widok osobnika stojącego nad grobem z puszką piwa w garści nikogo już nie dziwi. Zimno przecież, rozgrzać się trzeba. Do tego oczywiście głośne rozmowy, śmiechy, radosne spotkania po latach, ooo, ciocia, kopę lat cioci nie widziałem! A co u kuzynki Paulinki? Jak się miewa wujek Psujek? A słyszała ciocia, że…

Nie wiem, jak gdzie indziej, ale na Cmentarzu Północnym nikogo nie dziwi już także widok osób przychodzących na groby (a może tylko przechadzających się po cmentarzu…) z pieskami na smyczy. Pani zapala lampkę, jamniczek zadziera nóżkę na sąsiedni grobowiec i wszyscy są zadowoleni.

O głośnych i nieskrępowanych rozmowach przez komórki już nawet nie wspominam, bo i po co.

Co się stało? Gdzie zniknęła „spes sacra”? Czy cmentarz to dziś w społecznej świadomości takie samo miejsce, jak park czy skwerek? Ciekaw byłbym opnii jakiegoś socjologa…

Dla jasności – nie jestem starszym panem 😉 – mam 35 lat, a jednak naprawdę mnie to razi i wkurza. Coś tu nie gra. Bardzo.

Mruczanka Listopadowa

Na cmentarzu byliśmy… Cmenatrz w G. gdzie nie mam nikogo bliskiego, ale w końcu trzeba Potworom także pokazać, jak się świeczki na grobach zapala…

Jak sobie człowie pochodzi między grobami i poczyta napisy – to mu od razu właściwa perspektywa wraca tego, co ważne i tego, co mniej.

I tak mi sie skojarzyło ze Staffem. Jest taki wiersz pod tytułem „Dary życia”. Powrót do nieśmiertelnego (nomen omen…) tematu „…non omnis moriar”. Znacie?

Wznieść ręce w górę, jak drzewo gałęzie,
I szumieć w duszy, błogosławiąc losy
Za te uciski, peta i uwięzie,
Z których się serce wyrywa w niebiosy.

W piwnicy krzepić się jak w gór ozonie
I dniom dziękować, gdy jak w nocy ciemno,
Gdy wiem, że w walce ostatkiem sił gonię,
A nie wiem nawet już, czy Bóg jest ze mną.

Lecz choćby klęska skończyła me boje,
Choćby najsrożej los na mnie się zaciął,
Nie zmarnowane będzie życie moje,
Bom tworzył pieśni i miałem przyjaciół.

Ano, właśnie…