Mruczanka strapiona nieco

 

 

Piszę z czterodniowym opóźnieniem, bo… trudno mi było do końca zwerbalizować myśli, które od soboty tupią mi po głowie. To, co poniżej, to nie do końca to, co chciałbym napisać…

 

Byłem na imprezie. W sobotę ostatnią. Warszawski dział miejski Jednej Dużej Gazety obchodził piętnastolecie istnienia. Przepracowałem w tymże dziale dwa i pół roku. Co prawda moja przygoda z Jedną Dużą Gazetą skończyła się już ponad dwa lata temu, ale na taki jubel zaprosili także byłych pracowników. No i pojechałem – całkiem sam, bo impreza zaczynała się o ósmej wieczorem. Pojechałem z założeniem, że wpadnę na dwie – trzy godziny i wracam do domu.

 

Wyszedłem z imprezy (po dwu i pół godzinach) z głową nabitą tyloma myślami, że do dziś jeszcze mi się kółka zębate w wolnych chwilach kręcą.

 

No bo tak – na pozór wszystko w porządku. Kiedy rozmawiałem z poszczególnymi osobami – było bardzo miło. Trochę wspominaliśmy „dawne (średnio) dobre czasy”, trochę opowiadaliśmy sobie „co u nas”. Sympatyczni ludzie, inteligentni, z poczuciem humoru, dowcipni, błyskotliwi.

 

Ale wystarczało, że po kilku chwilach – już rozmawiając z kim innym – popatrzyłem na nich z boku i…

 

PLASTIK. Sztuczne zachowania, sztuczne uśmiechy, sztuczne relacje, sztuczna zabawa. Właśnie – po sposobie zabawy szczególnie było to widać. Oni – nie widzę lepszego określenia – zachowywali się tak, jakby chcieli udowodnić całemu światu (a najbardziej samym sobie…) że się świetnie bawią.

 

Wiem, jak żyją na co dzień – też tak żyłem przez dwa i pół roku. „Nielimitowany czas pracy” (czyli siedzisz tak długo, aż skończysz), ciągła nerwówka, pęd, szybkość. To nie jest normalna praca dziennikarza, zaganianego i wiecznie się spieszącego. To jest chore połączenie maratonu (bo naprawdę trudno wyjść z redakcji przed siódmą – ósmą wieczór) ze sprintem (bo trzeba złapać newsa i podać go szybciej, niż to zrobi konkurencja…). A „konkurencja” to nie tylko inne gazety czy stacje radiowe. „Konkurencja” to także kolega z sąsiedniego biurka, od którego trzeba być lepszym, szybszym, bardziej błyskotliwym – żeby w razie czego (czyli w razie zwolnień…) to raczej jego się Firma pozbyła, a nie mnie.

 

Ci ludzie nie mają normalnego życia (przynajmniej w takim sensie, w jakim ja rozumiem normalność). Nigdy nie wiedzą, o której dziś wrócą do domu. Swoich mężów / żony / chłopaków / dziewczyny widują późnym wieczorem. I ewentualnie w soboty, bo to jedyny dzień, kiedy redakcja nie pracuje.

 

Takie życie wykańcza. Przede wszystkim emocjonalnie. Człowiek zaczyna żyć tak, jakby redakcja była jedynym światem, a wszystko co na zewnątrz służyło tylko do opisywania w gazecie.

 

Ta praca fatalnie wpływa na związki międzyludzkie. Taki kolega B. Przyszedł do Jednej Dużej Gazety pół roku po mnie. Dziś awansował, jest redaktorem, prowadzi wydania, robi karierę. Jest naprawdę dobry. Ale płaci za to wysoką cenę. Kiedy odchodziłem z redakcji dwa lata temu kolega B. mieszkał z dziewczyną / narzeczoną czy jak to tam nazwać. Kochał ją. Często o niej mówił. Mieli psy, jeździli na koniach, świata poza nią nie widział. Z tego, co opowiadał, byli razem już ładnych parę lat.

 

Na sobotniej imprezie kolega B. był już (w dowolnym znaczeniu tego słowa) z inną dziewczyną. Konkretnie – z jedną z sekretarek pracujących w redakcji. Sposób, w jaki tańczyli, przytulali się, całowali – był jednoznaczny. Nie wiem, jak było naprawdę, ale podejrzewam, że jego związek z Tamtą po prostu nie przetrwał. Trudno pielęgnować związek, jak się człowiek widuje z ukochaną osobą de facto raz na tydzień…

 

Miałem odruch podejść do mojego byłego szefa, który dwa lata temu – na fali „redukcji” – musiał mnie zwolnić i powiedzieć mu, że (choć wtedy byłem lekko przerażony perspektywą szukania pracy J) wyświadczył mi ogromną przysługę.

 

Nie zrobiłem tego. Wyszedłem z imprezy trochę po dziesiątej, wsiadłem do podmiejszczaka i jechałem przez ciemną noc do domu. Napięcie opadało ze mnie powoli (bo w towarzystwie ludzi tak nakręconych człowiek też się nakręca…), a ja ciągle miałem przed oczami ich twarze. Może źle to oceniam, może nie mam racji, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że były to twarze ludzi ze wszystkich sił chcących uwierzyć w to, że są szczęśliwi.

 

Naprawdę zadowoleni byli tam głównie ci, którzy – tak jak ja – już w tej redakcji nie pracowali.

 

**************

 

Żeby zakończyć bardziej optymistycznie: polecam znakomitą stronę poświęconą Szkocji. Widać, że prowadzą ją ludzie zakochani w szkockich klimatach. Aż miło popatrzeć i poczytać… Natchnęło mnie tak, że chyba w najbliższych dniach powstanie kolejna Mruczanka w Szkocką Kratę.

 

Zajrzyjcie sami: http://www.szkocja.zv.pl

 

J Puchatek…

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s