Noblowsko (choć z lekkim poślizgiem)

W ubiegły wtorek, zachęcony przez kilka pozytywnych recenzji, zacząłem czytać „Drugie imię”, czyli pierwszy tom (czy raczej, żeby być precyzyjnym, pierwsze dwa tomy) septologii norweskiego pisarza Jona Fossego (nota bene – poloniści już dyskutują, czy powinno się odmieniać „Fossego” czy klasycznie „Fosse’a”; do mnie chyba bardziej przemawia wersja pierwsza, zważywszy, że to jednak Norweg – ale się nie upieram ;-).

No i proszę, to się nazywa wyczucie: dwa dni później (piątego października) Akademia Szwedzka właśnie Fossemu przyznała tegoroczną Literacką Nagrodę Nobla…

Na razie mam za sobą raptem kilkadziesiąt stron (pracy dużo, czasu na czytanie dla przyjemności mało…), ale muszę powiedzieć, że jakbym porównywał (subiektywnie, rzecz prosta) laureatów z ostatniej dekady, to pan Fosse na pewno ma miejsce w pierwszej trójce. Bardzo dobrze mi się to czyta (choć forma jest nieoczywista), a przy tym treściowo jest to opowieść jakoś bardzo mi bliska ze względu na osobę narratora… Nie będę Wam psuł przyjemności czytania opowiadając, „o co chodzi”, ale naprawdę warto sięgnąć po „Drugie imię”.

Dodam, że na moje oko (choć nie jestem w stanie stwierdzić tego na pewno, bo nie znam norweskiego) rzecz jest naprawdę bardzo dobrze przełożona.

A Fosse został nagrodzony – według Akademii Szwedzkiej – między innymi (cytując uzasadnienie) „…za jego nowatorskie sztuki i prozę, które dają wyraz niewysłowionemu”.

Dać wyraz niewysłowionemu… Czy nie na tym właśnie polega Pisanie?…

Powakacyjne

Wybaczcie, jakoś nie mogę się zebrać, żeby coś napisać… Powiem na razie tyle: wyprawa się udała. Było trochę przygód, ale wszystkie dobrze się skończyły. Przez dziesięć dni byłem w drodze, ciesząc się znakomitym towarzystwem własnej osoby. Dużo myślałem. Dużo widziałem. Miałem czas na czytanie. Spędziłem dzień w Alpach, chodząc po górach wokół pięknego, lodowcowego jeziora. Zjechałem nad Adriatyk. Byłem w Ferrarze i w Rawennie. Pływałem w ciepłym morzu. Piłem najlepsze na świecie włoskie espresso. W drodze powrotnej zwiedziłem jeszcze Weronę, byłem nad Lago di Garda, widziałem zamek w Arco, jechałem drogą z Trydentu do Salzburga, a potem bocznymi drogami na wschód, w kierunku Wiednia – przez cały włoski i austriacki Tyrol. Mieszkałem na najtańszych kempingach, jadłem niewiele, największy koszt stanowiło paliwo – ale że Dracula jeździ na gaz, to ten największy koszt i tak był relatywnie bardzo niewielki (…wiecie, że we Włoszech gaz kosztuje tyle co w Polsce – mówię o przeliczeniu prostym, nie o relacji do zarobków! – a jak się chwilę poszuka, to można go kupić nawet taniej, niż u nas? Jest sporo stacji, gdzie za litr gazu płaci się 62 eurocenty. Policzcie sobie…).

Zrobiłem trochę zdjęć, tylko wciąż nie mam czasu, żeby usiąść, posegregować je i trochę obrobić… Dziś tylko jedno zdjęcie – niespecjalnie kojarzące się może z wyprawami i wędrówkami, ale urocze. Tego kolegę spotkałem w Porto Garibaldi, w uliczce prowadzącej w stronę portu. Siedział sobie pod kamienną ławeczką i miał taką dziwną minę… Po prostu musiałem go uwiecznić. Nie protestował.

Światełko w tunelu, czyli „…a może jednak się uda!”

Półtora roku temu, przed samym Bożym Narodzeniem, miałem paskudny atak rwy kulszowej – pisałem o tym zresztą. Nie pisałem już chyba o tym, co było dalej – a dalej (już po powrocie do normalnego funkcjonowania) była wizyta u neurologa, skierowanie na tomografię, tomografia, z której wynikło to, co w zasadzie i tak neurolog od razu mi powiedział: lekkie zwyrodnienie któregoś-tam kręgu lędźwiowego, co w przypadku powstania stanu zapalnego wywołuje ucisk na rdzeń kręgowy. Neurolog nie wyglądał na poruszonego… – Ma pan trochę nadwagi, prowadzi pan siedzący tryb życia, co zrobić…

Ani, zrobić można niewiele. Trzeba uważać, trzeba się więcej ruszać (co, jak wiadomo, łatwiej powiedzieć niż zrobić, bo czas, bo praca, bo zawsze coś…), warto by schudnąć (in progress, ale powoli). Nie jest to w każdym razie stan, który by się kwalifikował do operacji na przykład.

Od tego czasu trzy czy cztery razy zaczynał mi się taki stan zapalny – ale byłem już przygotowany: jak tylko czułem, że coś jest nie tak, szedłem do lekarza, dostawałem odpowiednie leki przeciwzapalne, mijały trzy-cztery dni i przechodziło, zanim zdążyło się nakręcić.

Do czasu.

Jakieś trzy tygodnie temu znowu się zaczęło. Nauczony doświadczeniem najpierw wziąłem leki przeciwzapalne bez recepty, jak po trzech dniach nie ustępowało – poszedłem po receptę na te właściwe. Kolejne trzy dni… Cztery dni… Półtora tygodnia… I zero efektów. Niby nic poważnego, żadnych ostrych bólów, nic, co by uniemożliwiało normalne funkcjonowanie – ale jednak ciągle niedobrze. W „międzyczasie” pojechaliśmy do C., trochę zwiedzaliśmy, połaziliśmy po Górach Kaczawskich – ale cały czas czułem, że mnie pobolewa. Dzień lepiej – i znowu dzień gorzej. Już się zacząłem denerwować: nie tylko samym faktem potencjalnych nieprzyjemnych przeżyć, ale przecież w najbliższą środę mam wyjechać na moją SAMOTNĄ, wyczekiwaną wyprawę. Wszystko przygotowane, wszystko ustalone, no ale przecież nie pojadę, jak mam problemy z podnoszeniem czegokolwiek i schylaniem się – i przed oczami ryzyko pogorszenia się tego stanu.

W ostatni wtorek wszystko wreszcie przeszło – cały dzień było dobrze, już się uspokoiłem, już się ucieszyłem… Nie na długo, bo wieczorem wróciło. No żesz… (…tak, wiem, że to się pisze „żeż”, ale to mój blog i moje zasady. No.).

Postanowiłem zatem, że nie będę dłużej czekał i że nie mogę, no po prostu NIE MOGĘ dopuścić do takiej fazy, jak półtora roku temu. W środę (po tym, jak odwiozłem Piłkę na lotnisko – patrz niżej) poszedłem do pani doktor (innej niż zwykle, bo moja znajoma była akurat na urlopie), opisałem sprawę i „zażądałem”, żeby mi przypakowała odpowiednie zastrzyki (silne przeciwzapalne plus witaminy z grupy B – tak samo jak wtedy).

Dziś, po pięciu dniach kłującej kuracji, jest pierwszy dzień, kiedy jest już zupełnie, całkiem, do końca OK – a ja mam jeszcze trzy dni do wyjazdu. Więc jest szansa, że tym razem ten wyjazd może wreszcie się uda. Wspomnijcie w tej intencji, bo przyznam, że bardzo mi na tym zależy.

***

Piłka znowu siedzi w Szwajcarii. Wraca dopiero na początku września. I właśnie przysłała mi kilka zdjęć, które po prostu muszę Wam pokazać (ona o tym nie wie, rzecz prosta, ale przecież jej zdjęć nie wrzucam – tylko widoczki). Panie i Panowie – alpejskie lodowce „od środka” (i dodatkowo jeden widoczek ogólno-alpejski, z owcami):

Z Pąwiąsząwaniem Urorurodziurodzin*

Dwudziesty piąty lipca. Wiecie, ilu niesamowitych ludzi urodziło się dwudziestego piątego lipca? Na przykład ks. Adam Boniecki. Albo Rosalind Franklin, biolog, współodkrywczyni podwójnej helisy DNA. Alfons I Zdobywca, król Portugalii (XII wiek). Kazimierz Odnowiciel. Anne Applebaum. Charlie Harper, kapitalny gitarzysta grupy UK Subs. I ja. Niezły zestaw…

Dużo muzyki chodziło mi dziś urodzinowo po głowie… Ale gdybym miał wybrać jedną rzecz właśnie na dziś, gdybym miał wskazać jeden kawałek, który jakoś najlepiej oddaje to, gdzie teraz w życiu jestem, to chyba jednak musiałbym oddać głos Dylanowi:

  • Jak ktoś jest w stanie bez pomocy wujka Google wskazać, skąd pochodzi cytat użyty jako tytuł tej notki – ma u mnie plus 😉

Wakacyjnie

Czy tylko mnie się wydaje, że czas w lecie płynie jakoś szybciej…? Dopiero co zaczęły się wakacje, a tu już druga połowa lipca. Coś tu nie gra, zdecydowanie. Jasne, wiem, że czas jest względny, ale to chyba nie ta skala obserwacji…

Pucek był tydzień na obozie językowym, na Mazurach, koło Kętrzyna. Trochę się bałem, jak będzie – ale wrócił bardzo zadowolony. Potem posiedział tydzień w domu – i pojechał z trójką kumpli na dziesięć dni działkę do jednego z nich (też na Mazury). Mieszkali w namiocie, grali na gitarach, łowili ryby (to nowość) i wydurniali się, jak to piętnastolatki. Obok w domku mieszkał tata jednego z kolegów (czyli właściciel działki), ale – jak zeznał – żadne „dorosłe” interwencje nie były konieczne.

Piłka posiedziała w domu dwa tygodnie, po czym poleciała… do Szwajcarii, gdzie zaprosił ją (i jeszcze dwoje innych znajomych) jeden z kolegów ze studiów. Jego rodzina ma tam domek wakacyjny (trudno powiedzieć, że „letniskowy”, bo jeżdżą tam głównie zimą na narty). Domek stoi w jakiejś małej wioseczce, dość wysoko w Alpach – żeby tam dotrzeć z Polski, trzeba poświęcić cały dzień: najpierw tanimi liniami do Mediolanu, z Mediolanu pociągiem do Domodossoli, stamtąd kolejnym pociągiem do Brig w Szwajcarii, a z Brig jeszcze dwadzieścia minut lokalnym busem. Nieźle.

Pietruszka był z dwójką kolegów kilka dni w Pradze, a w piątek rusza z nieco większą grupą przyjaciół w Bory Tucholskie (także na działkę należącą do rodziców jednego z nich).

W drugim tygodniu sierpnia planowaliśmy pojechać wszyscy razem nad morze… Ale nie pojedziemy. Nikt z nas nie jest wielkim miłośnikiem polskiego „nadmorza”, a ceny skoczyły tak, że trochęśmy się załamali. Mamy takie wypróbowane miejsce, gdzie zawsze było sporo taniej, niż wszędzie – i zapewne nadal jest sporo taniej niż wszędzie, ale to nie znaczy, że jest tanio. Uznaliśmy (wspólnie, po rodzinnej burzy mózgów), że to po prostu nie ma sensu. Więc zapewne pojedziemy na te kilka dni do cioci do C., żeby wspólnie połazić po bardzo łagodnych Górach Kaczawskich i – podrzuconych mi przez Agaję – Rudawach Janowickich.

A potem w drugiej połowie sierpnia Piłka jeszcze raz jedzie do Szwajcarii (takie mi się światowe dziecko zrobiło!), Pucek na kilka dni na rekolekcje, a kiedy on wróci – ja wyjeżdżam na kilka dni pod koniec sierpnia. Mam nadzieję, że tym razem to wyjdzie. Naprawdę, BARDZO mam na to nadzieję.

***

Skończyłem tamtą książkę, oddałem – po czym miałem lekkie zderzenie z panią redaktorką. Nie z prowadzącą, ale z panią, która ma robić redakcję językową. Dostałem długiego maila, w którym pani redaktorka prosiła, żebym przejrzał tłumaczenie i poprawił, bo jest w nim mnóstwo, jak to ładnie ujęła, „kalek językowych” („kalek” – dopełniacz liczby mnogiej od „kalka”, nie od „kaleka”, rzecz prosta…). Zdziwiłem się mocno, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi – ale jak otworzyłem dokument z jej uwagami, to mi trochę ręce opadły. Napisałem do pani redaktorki bardzo długiego maila, w którym bardzo grzecznie (i trochę gryząc się w język) wyjaśniłem, że to, na co zwróciła uwagę, to bynajmniej nie są „kalki językowe”, tylko wyrażenia używane na co dzień w świecie, w którym przez trzy czwarte swojego życia obracał się autor książki. Bo autor większą część swojego życia spędził (nazywając rzeczy po imieniu) w zamkniętej, destrukcyjnej sekcie. Jedną z charakterystycznych cech tego typu grup jest także „własny”, wewnętrzny język, często bardzo hermetyczny, pełen określeń czy to kompletnie sztucznych i wymyślonych, czy znaczących co innego, niż w „normalnym” słowniku – a także skrótów i skrótowców traktowanych jako oczywiste. Co więcej – autor we wstępie do swoich wspomnień wyraźnie o tym mówi, a na końcu zamieszcza spory słownik wyrażeń, zwrotów, pojęć i skrótów.

Napisałem zatem pani redaktorce, że NIE MOŻEMY tego wygładzać, „unormalniać” i przekładać na literacką polszczyznę, bo jeśli to zrobimy, to będzie zupełnie inna książka. Bo jeśli hermetyczne zwroty zamienimy na „bardziej zrozumiałe”, to już nie będzie przekład, ale interpretacja.

Autor pokazuje świat, w którym tak się mówi i takich określeń używa. A że niektóre zwroty czy wyrażenia (zwłaszcza podczas lektury pierwszych rozdziałów) są dla polskiego czytelnika mało zrozumiałe i mogą budzić pewną dezorientację? To prawda – ale w oryginale jest DOKŁADNIE TAK SAMO i anglojęzyczny czytelnik odniesie bardzo podobne wrażenie. I to wrażenie jest celowe, co autor jednoznacznie wyjaśnia, bo taki język jest jednym z elementów przedstawionego świata. To trochę tak, jakby osoba z zewnątrz nagle trafiła do świata wielkiej korporacji: w pierwszej chwili nie będzie rozumiała sporej części wewnętrznego języka. Później, w miarę czytania kolejnych rozdziałów, czytelnik „uczy się” tego hermetycznego języka, rozumie go, zaczyna traktować jak oczywisty.

Long story short – musiałem wyjaśnić pani redaktorce, że stosowanie takich a nie innych fraz, sformułowań i zwrotów (o akronimach nie wspominając) nie wynikało z lenistwa tłumacza, któremu nie chciało się popracować nad lepszymi rozwiązaniami, ale było absolutnie celowym zabiegiem. Co więcej, tłumacz, jak to ma w zwyczaju, zanim wziął się do tłumaczenia, zrobił porządny „risercz”, w ramach którego między innymi (z bólem zębów) poczytał sobie polskie strony internetowe prowadzone przez rzeczoną sektę i jej lokalnych członków – właśnie po to, żeby zorientować się choćby pobieżnie, jakim językiem ci ludzie się posługują.

Już się wewnętrznie szykowałem na długą batalię i odwoływanie się do redaktorki prowadzącej – na szczęście okazało się to niepotrzebne: pani przyjęła moją argumentację i zapropnowała, żebym w takim razie napisał (co się czasami praktykuję) oddzielną, krótką przedmowę „Od tłumacza”, w której wyjaśnię czytelnikowi to, co wyjaśniłem jej. Moim zdaniem to trochę bez sensu (wystarczy uważnie przeczytać wstęp napisany przez autora), ale czemu nie.

***

A tymczasem czekam na kolejną książkę z tego samego wydawnictwa – miała być „na szybko”, więc za wyższą stawkę, ale z jakichś nieznanych mi (…ani redakcji) przyczyn ciągle jeszcze jej nie ma, co oznacza, że zaproponowany termin (koniec września) jest już w zasadzie nierealny. Mnie to nie przeszkadza, bo mam co robić (mam książkę od innego wydawnictwa, z długim terminem, więc mogę ją zrobić teraz) – mam tylko nadzieję, że przedłużenie terminu nie będzie oznaczało zmniejszenia stawki… Ano, zobaczymy – pani redaktor prowadząca jutro wraca z urlopu, więc może się czegoś dowiem.

Czerwcowo – c.d.

Mały „apdejt”… Pucek zdał, klasę skończył. Jeśli chodzi o oceny – bardzo tak sobie (średnia ok. 3,5), ale po tym wszystkim, co przeszliśmy we wrześniu i październiku niczego więcej nie oczekiwałem. Edukację domową pod auspicjami nowej szkoły zaczął de facto pod koniec października, a w połowie listopada miał wypadek na zawodach judo, po którym przez kolejny miesiąc nie bardzo mógł się uczyć, bo prawą rękę miał na temblaku, więc nie był w stanie nawet robić notatek. Powiedziałem mu wtedy wprost – do licha z ocenami, chodzi o to, żebyś zdał. No i zdał. Będzie miał na świadectwie jakieś mierne (jedna wynika z wyjątkowego pecha, bo wiem, że umiał, tylko trafił na fatalny układ pytań na egzaminie – pozostałe po prostu z tego, że jeszcze nie potrafił dobrze sobie rozłożyć czasu, za późno zaczął się uczyć i tak dalej); ale będzie też miał jedną szóstkę, dwie piątki, jakieś czwórki i trójki. Przeżyjemy. Przynajmniej wakacje będą spokojniejsze…

***

No właśnie, wakacje: zgłosili się do mnie moi niezawodni Amerykanie – zrobiłem dla nich jakieś dwie niewielkie rzeczy, ale na przełomie czerwca i lipca prawdopodobnie będą dla mnie mieli większą robotę (na jakieś dwa tygodnie pracy). A przy stawkach, jakie oni płacą (zdecydowanie amerykańskich…) takie dwa tygodnie oznaczają poważny zastrzyk finansowy. A w dodatku Amerykanie płacą nie tylko dobrze, ale też szybko (w ciągu dwóch – trzech dni roboczych od wystawienia faktury mam pieniądze na koncie). Więc może uda mi się rzeczywiście w te wakacje gdzieś wyskoczyć. Druga połowa sierpnia, może początek września, zobaczymy. Bardzo bym chciał.

***

Z gorszych wieści – mój tata znowu wylądował w szpitalu. Po tamtym pobycie (wyszedł w połowie lutego) czuł się świetnie; cukrzyca opanowana, płuca wyleczone, wszystko na swoim miejscu, codziennie dwugodzinne spacery… Żyć nie umierać. I nagle, jakieś dziesięć dni temu, zaczął słabnąć, coraz gorzej się czuł – właściwie nie wiadomo dlaczego. W środę zgodził się wreszcie (co w jego przypadku nie jest łatwe…) na zrobienie badań. I co? Znowu bardzo wysoki potas (na razie nikt nie wie z jakiego powodu) i… zapalenie płuc. Gdzie on w te piękne, ciepłe dni złapał zapalenie płuc, do licha?!

Od środy wieczorem jest w szpitalu (lekarka wprost powiedziała, że w jego wieku i przy cukrzycy leczenie obustronnego zapalenia płuc w domu nie wchodzi w grę). Potas szybko opanowali, ale płuca zdaje się chwilę zajmą. Tata ma osiemdziesiąt trzy lata – nie jest to może w dzisiejszych czasach wiek ekstremalny, ale jednak jest już mocno starszym panem. Do tego dochodzi ta cukrzyca (co prawda typu 2., nabyta, ale za to przez długi czas lekceważona, mówiąc wprost) – a także fakt, że tata przez ponad czterdzieści lat palił, i to dość sporo (co prawda rzucił ostatecznie – po kilku nieudanych próbach – już ponad piętnaście lat temu, ale wiadomo, że po takim czasie płuca już nigdy nie będą do końca sprawne i mogą być bardziej podatne na infekcje…). Czyli bardzo wesoło nie jest… Ale mam nadzieję, że jakoś to się ułoży.

Czerwiec…

Jak Wam napiszę, że jestem zmęczony, to powiecie, że znowu nudzę… Więc powiem tylko tyle, że dziś po obiedzie położyłem się na chwilę, bo poczułem, że bardzo tego potrzebuję – i spałem dwie godziny. W słoneczne, piękne, niedzielne popołudnie. I nie byłem niewyspany. Po prostu gdzieś, różnymi szczelinami, wyłazi ze mnie zmęczenie.

Nie wiem, czy już o tym wspominałem, ale w te wakacje będą dwa, a może nawet trzy takie odcinki czasu, kiedy Pucek będzie wyjechany, a Piłka będzie w domu. Więc jest szansa, że wreszcie zrobię to, co miałem zrobić we wrześniu ubiegłego roku, czyli gdzieś na kilka dni wyjadę. SAM. Gdzie? Zobaczymy. To będzie zależało od kilku rzeczy – choć technicznie przede wszystkim od finansów, rzecz prosta. Ale też nie mam szczególnych wymagań: tydzień w Bieszczadach będzie absolutnie OK. Po prostu czuję, że muszę odpocząć, muszę trochę połazić sobie sam, z własnymi myślami, z własną ciszą, która może wcale nie jest radosna i roześmiana, ale czasami muszę ją usłyszeć.

***

Pucek – który, jak niektórzy z Was wiedzą, po wrześniowych problemach wylądował ostatecznie na edukacji domowej, ma jeszcze do zdania trzy egzaminy. Na razie idzie mu nieźle – średnią ma koło 4. Ale spokojny będę dopiero, jak zda te trzy ostatnie. Bo jak nie zda, to jednak będzie pewien problem…

***

Książka, którą kończę tłumaczyć, jest naprawdę bardzo ciekawa, językowo nietrudna, ale na poziomie emocjonalnym – ciężka. Wspomnienia człowieka, który przez 40 lat był członkiem Kościoła Scjentologicznego, z czego przez dłuższy czas – jednym z najwyżej postawionych członków jego ścisłego kierownictwa. Kiedy ostatecznie odszedł – nie tylko stracił wszystko (łącznie z rodziną, która odcięła się od niego i pozostała w sekcie), ale przez długi czas był prześladowany i niszczony – stosowano wobec niego, jak sam przyznaje, te same metody, które on pomagał stosować wobec innych „wrogów”. Lektura jest ciężka, bo autor opisuje to wszystko z perspektywy czasu, na spokojnie, wręcz chłodno – ale to, co opisuje, jest po prostu koszmarne. Bolesna wiwisekcja uzależnienia emocjonalnego, manipulacji psychologicznej, przemocy (także fizycznej) i kompletnie toksycznego świata. Niełatwe, ale naprawdę warto.

***

Czysto technicznie, ale dla mnie ważne: od miesiąca pracuję na nowym komputerze. Mój stary Mac Mini miał już ponad 10 lat – co prawda chodził równie sprawnie, jak pierwszego dnia po kupieniu, ale już nie dało się zainstalować najnowszego systemu, coraz więcej programów wołało o aktualizację, coraz więcej opcji było niedostępnych… No i zaszalałem. To znaczy – nie, żebyście nie myśleli: nie kupiłem nowego, nie stać mnie. Wziąłem w leasing. Najnowszy Mac Mini (z nowym, applowskim procesorem M2). I wiecie co?

Jak kilkanaście lat temu przesiadłem się z peceta na Maca, to poczułem się, jakobym zamienił dużego fiata na volkswagena. Inny świat. Dziś, jak się przesiadłem na najnowszy Mac OS na tym nowym procesorze, czuję się, jakbym tego volkswagena zamienił na mercedesa. Niby jeździ się tak samo, niby po tych samych drogach, niby samochód to samochód – ale komfort i przyjemność z jazdy na innym poziomie. Komputer jest dla mnie narzędziem pracy, spędzam przy nim kilka godzin dziennie, więc to naprawdę jest różnica…

(Na wszelki wypadek dodam, że wpisu NIE sponsorowała firma Apple. Niestety.)

***

Na koniec – do posłuchania. Wpadłem zupełnie przypadkiem na coś takiego. Rockowa klasyka – piosenka „Fat Bottomed Girls” grupy Queen – w wykonaniu kapitalnego, żeńskiego tria o uroczej nazwie Remember Monday (w tym nagraniu towarzyszą im jeszcze trzy dziewczyny na gitarze, basie i perkusji). Znakomite po prostu: przy zachowaniu całej kapitalnej, rozbudowanej harmonii, z której słynęła Queen (posłuchajcie pierwszej frazy, najlepiej na większych głośnikach!), i rockowego „pazura”, słyszymy tu jednocześnie coś zupełnie innego, jakąś świeżość, dynamikę, radość i taką energię, że można obdzielić kilka zespołów. Pobrzmiewa tu coś z muzyki gospel, jakieś ślady country, ale też rebeliancka, punkowa bezczelność kojarząca mi się z 4 Non Blondes czy Joan Jett. Posłuchałem sobie na YouTube innych kawałków tej grupy i mam wrażenie, że o dziewczynach z Remember Monday jeszcze nie raz usłyszymy.

A teraz maj…

Kiedyś mieliśmy w domu taki zwyczaj, że zawsze 1 maja śpiewaliśmy wspólnie „Balladę majową”… Śmiesznie było, bo zawsze ktoś mylił tekst, ktoś się wygłupiał i śpiewał falsetem, ktoś tańczył. Potem niestety zwyczaj zanikł, bo Kogoś zabrakło i już było Inaczej. Ja jednak zawsze do tej piosenki wracam – albo ją sobie gram, albo słucham z płyty. I zawsze wiąże się z tym dużo, dużo wspomnień.

Bo kiedyś – jeszcze wcześniej – mieliśmy też inny zwyczaj: w długi weekend majowy zawsze się gdzieś wyjeżdżało. Czasami na dobry tydzień (jak się daty odpowiednio ułożyły), czasami tylko na dwa dni (jak nie było czasu albo pieniędzy). Czasami w góry, czasami do lasu czy choćby na działkę do znajomych.

Utkwiła mi w głowie taka majówka sprzed wielu, wielu lat – to było jeszcze zanim poznałem M. – kiedy pojechaliśmy na pięć dni w Bieszczady. Było nas czworo: koleżanka Prosiaczek, jej chłopak (późniejszy mąż, niestety tylko przez pewien czas…), jej brat zwany wówczas Kangurem – i ja. Był początek lat dziewięćdziesiątych, Bieszczady były wtedy jeszcze znacznie mniej turystyczne, bardziej dzikie i ciche. Dojechaliśmy nocnym pociągiem do Zagórza, stamtąd udało nam się złapać autobus do Leska, ale z Leska do Wetliny już nie (musielibyśmy czekać kilka godzin). Ruszyliśmy zatem autostopem – zabrał nas kierowca ciężarówki, który wiózł chleb do jedynego wówczas sklepu w Wetlinie. Po całej nocy w pociągu byliśmy głodni, a w całej kabinie wniebogłosy pachniało świeżym chlebem… Do dziś ten zapach pamiętam.

A następnego dnia poszliśmy na wyprawę – ale nie szlakiem turystycznym, tylko torami kolejki wąskotorowej, która wtedy w ogóle nie jeździła. Szliśmy (nie spiesząc się, leniwie…) cały dzień. Było ciepło, było cicho, lekki wiatr kołysał szczytami drzew, śpiewały ptaki, a my szliśmy tymi torami aż na Moczarne. Dziś tak by się nie dało – odcinek torów między Wetliną a Moczarnem jest od dawna wyłączony z ruchu, obecnie zresztą jest tam rezerwat ścisły.

Z Moczarnego poszliśmy „na azymut”, z mapą i kompasem, na zachód, aż doszliśmy do żółtego szlaku, gdzieś między Paprotną a Jawornikiem. A potem już szlakiem – najpierw żółtym na Jawornik, a potem zielonym w dół, z powrotem do Wetliny. I przez cały dzień nie spotkaliśmy nikogo. Żywej duszy. W kolejnych dniach chodziliśmy już bardziej „klasycznie” (połoniny, Rawki, Tarnica…), ale to właśnie ten pierwszy dzień najbardziej zapadł mi w pamięć. Takie wędrowanie w kompletnej głuszy, bez spotykania innych ludzi przez cały dzień, miało w sobie coś absolutnie magicznego. Jakbyśmy nagle znaleźli się w innym świecie i innym czasie („…jaka epoka, jaki wiek, jaki rok…”).

Później jeszcze wiele razy doświadczałem takiego wędrowania. Dziś bardzo mi tego brakuje. Ale jest szansa (tylko cicho, żeby nie zapeszyć ;-), że w te wakacje uda mi się na kilka dni wyjechać. Pucek będzie na obozie, a potem wyjeżdża na dziesięć dni z kolegami, w tym czasie Piłka będzie w domu, więc będzie się miał kto zając Luckiem (bo Pietruszka do samodzielnego zajmowania się zwierzem nie bardzo się nadaje…). A ja sobie pojadę. Sam. Na kilka dni. Jeszcze nie wiem dokąd (to będzie zależało od sytuacji finansowej) – ale też nie mam dużych wymagań. Kto wie, może to właśnie będą Bieszczady.

Bo prawda jest taka, że jeśli nie liczyć jakichś jednodniowych wypadów do Warszawy na spotkania ze znajomymi, to od jedenastu lat nigdzie nie byłem sam. I chyba muszę to nadrobić – zarówno dla siebie, jak dla dobra moich dzieci (…bo jak chwilę nie odpocznę, to prędzej czy później mogę któremuś z nich coś zrobić 😉