Powakacyjne

Wybaczcie, jakoś nie mogę się zebrać, żeby coś napisać… Powiem na razie tyle: wyprawa się udała. Było trochę przygód, ale wszystkie dobrze się skończyły. Przez dziesięć dni byłem w drodze, ciesząc się znakomitym towarzystwem własnej osoby. Dużo myślałem. Dużo widziałem. Miałem czas na czytanie. Spędziłem dzień w Alpach, chodząc po górach wokół pięknego, lodowcowego jeziora. Zjechałem nad Adriatyk. Byłem w Ferrarze i w Rawennie. Pływałem w ciepłym morzu. Piłem najlepsze na świecie włoskie espresso. W drodze powrotnej zwiedziłem jeszcze Weronę, byłem nad Lago di Garda, widziałem zamek w Arco, jechałem drogą z Trydentu do Salzburga, a potem bocznymi drogami na wschód, w kierunku Wiednia – przez cały włoski i austriacki Tyrol. Mieszkałem na najtańszych kempingach, jadłem niewiele, największy koszt stanowiło paliwo – ale że Dracula jeździ na gaz, to ten największy koszt i tak był relatywnie bardzo niewielki (…wiecie, że we Włoszech gaz kosztuje tyle co w Polsce – mówię o przeliczeniu prostym, nie o relacji do zarobków! – a jak się chwilę poszuka, to można go kupić nawet taniej, niż u nas? Jest sporo stacji, gdzie za litr gazu płaci się 62 eurocenty. Policzcie sobie…).

Zrobiłem trochę zdjęć, tylko wciąż nie mam czasu, żeby usiąść, posegregować je i trochę obrobić… Dziś tylko jedno zdjęcie – niespecjalnie kojarzące się może z wyprawami i wędrówkami, ale urocze. Tego kolegę spotkałem w Porto Garibaldi, w uliczce prowadzącej w stronę portu. Siedział sobie pod kamienną ławeczką i miał taką dziwną minę… Po prostu musiałem go uwiecznić. Nie protestował.

Światełko w tunelu, czyli „…a może jednak się uda!”

Półtora roku temu, przed samym Bożym Narodzeniem, miałem paskudny atak rwy kulszowej – pisałem o tym zresztą. Nie pisałem już chyba o tym, co było dalej – a dalej (już po powrocie do normalnego funkcjonowania) była wizyta u neurologa, skierowanie na tomografię, tomografia, z której wynikło to, co w zasadzie i tak neurolog od razu mi powiedział: lekkie zwyrodnienie któregoś-tam kręgu lędźwiowego, co w przypadku powstania stanu zapalnego wywołuje ucisk na rdzeń kręgowy. Neurolog nie wyglądał na poruszonego… – Ma pan trochę nadwagi, prowadzi pan siedzący tryb życia, co zrobić…

Ani, zrobić można niewiele. Trzeba uważać, trzeba się więcej ruszać (co, jak wiadomo, łatwiej powiedzieć niż zrobić, bo czas, bo praca, bo zawsze coś…), warto by schudnąć (in progress, ale powoli). Nie jest to w każdym razie stan, który by się kwalifikował do operacji na przykład.

Od tego czasu trzy czy cztery razy zaczynał mi się taki stan zapalny – ale byłem już przygotowany: jak tylko czułem, że coś jest nie tak, szedłem do lekarza, dostawałem odpowiednie leki przeciwzapalne, mijały trzy-cztery dni i przechodziło, zanim zdążyło się nakręcić.

Do czasu.

Jakieś trzy tygodnie temu znowu się zaczęło. Nauczony doświadczeniem najpierw wziąłem leki przeciwzapalne bez recepty, jak po trzech dniach nie ustępowało – poszedłem po receptę na te właściwe. Kolejne trzy dni… Cztery dni… Półtora tygodnia… I zero efektów. Niby nic poważnego, żadnych ostrych bólów, nic, co by uniemożliwiało normalne funkcjonowanie – ale jednak ciągle niedobrze. W „międzyczasie” pojechaliśmy do C., trochę zwiedzaliśmy, połaziliśmy po Górach Kaczawskich – ale cały czas czułem, że mnie pobolewa. Dzień lepiej – i znowu dzień gorzej. Już się zacząłem denerwować: nie tylko samym faktem potencjalnych nieprzyjemnych przeżyć, ale przecież w najbliższą środę mam wyjechać na moją SAMOTNĄ, wyczekiwaną wyprawę. Wszystko przygotowane, wszystko ustalone, no ale przecież nie pojadę, jak mam problemy z podnoszeniem czegokolwiek i schylaniem się – i przed oczami ryzyko pogorszenia się tego stanu.

W ostatni wtorek wszystko wreszcie przeszło – cały dzień było dobrze, już się uspokoiłem, już się ucieszyłem… Nie na długo, bo wieczorem wróciło. No żesz… (…tak, wiem, że to się pisze „żeż”, ale to mój blog i moje zasady. No.).

Postanowiłem zatem, że nie będę dłużej czekał i że nie mogę, no po prostu NIE MOGĘ dopuścić do takiej fazy, jak półtora roku temu. W środę (po tym, jak odwiozłem Piłkę na lotnisko – patrz niżej) poszedłem do pani doktor (innej niż zwykle, bo moja znajoma była akurat na urlopie), opisałem sprawę i „zażądałem”, żeby mi przypakowała odpowiednie zastrzyki (silne przeciwzapalne plus witaminy z grupy B – tak samo jak wtedy).

Dziś, po pięciu dniach kłującej kuracji, jest pierwszy dzień, kiedy jest już zupełnie, całkiem, do końca OK – a ja mam jeszcze trzy dni do wyjazdu. Więc jest szansa, że tym razem ten wyjazd może wreszcie się uda. Wspomnijcie w tej intencji, bo przyznam, że bardzo mi na tym zależy.

***

Piłka znowu siedzi w Szwajcarii. Wraca dopiero na początku września. I właśnie przysłała mi kilka zdjęć, które po prostu muszę Wam pokazać (ona o tym nie wie, rzecz prosta, ale przecież jej zdjęć nie wrzucam – tylko widoczki). Panie i Panowie – alpejskie lodowce „od środka” (i dodatkowo jeden widoczek ogólno-alpejski, z owcami):

Z Pąwiąsząwaniem Urorurodziurodzin*

Dwudziesty piąty lipca. Wiecie, ilu niesamowitych ludzi urodziło się dwudziestego piątego lipca? Na przykład ks. Adam Boniecki. Albo Rosalind Franklin, biolog, współodkrywczyni podwójnej helisy DNA. Alfons I Zdobywca, król Portugalii (XII wiek). Kazimierz Odnowiciel. Anne Applebaum. Charlie Harper, kapitalny gitarzysta grupy UK Subs. I ja. Niezły zestaw…

Dużo muzyki chodziło mi dziś urodzinowo po głowie… Ale gdybym miał wybrać jedną rzecz właśnie na dziś, gdybym miał wskazać jeden kawałek, który jakoś najlepiej oddaje to, gdzie teraz w życiu jestem, to chyba jednak musiałbym oddać głos Dylanowi:

  • Jak ktoś jest w stanie bez pomocy wujka Google wskazać, skąd pochodzi cytat użyty jako tytuł tej notki – ma u mnie plus 😉

Wakacyjnie

Czy tylko mnie się wydaje, że czas w lecie płynie jakoś szybciej…? Dopiero co zaczęły się wakacje, a tu już druga połowa lipca. Coś tu nie gra, zdecydowanie. Jasne, wiem, że czas jest względny, ale to chyba nie ta skala obserwacji…

Pucek był tydzień na obozie językowym, na Mazurach, koło Kętrzyna. Trochę się bałem, jak będzie – ale wrócił bardzo zadowolony. Potem posiedział tydzień w domu – i pojechał z trójką kumpli na dziesięć dni działkę do jednego z nich (też na Mazury). Mieszkali w namiocie, grali na gitarach, łowili ryby (to nowość) i wydurniali się, jak to piętnastolatki. Obok w domku mieszkał tata jednego z kolegów (czyli właściciel działki), ale – jak zeznał – żadne „dorosłe” interwencje nie były konieczne.

Piłka posiedziała w domu dwa tygodnie, po czym poleciała… do Szwajcarii, gdzie zaprosił ją (i jeszcze dwoje innych znajomych) jeden z kolegów ze studiów. Jego rodzina ma tam domek wakacyjny (trudno powiedzieć, że „letniskowy”, bo jeżdżą tam głównie zimą na narty). Domek stoi w jakiejś małej wioseczce, dość wysoko w Alpach – żeby tam dotrzeć z Polski, trzeba poświęcić cały dzień: najpierw tanimi liniami do Mediolanu, z Mediolanu pociągiem do Domodossoli, stamtąd kolejnym pociągiem do Brig w Szwajcarii, a z Brig jeszcze dwadzieścia minut lokalnym busem. Nieźle.

Pietruszka był z dwójką kolegów kilka dni w Pradze, a w piątek rusza z nieco większą grupą przyjaciół w Bory Tucholskie (także na działkę należącą do rodziców jednego z nich).

W drugim tygodniu sierpnia planowaliśmy pojechać wszyscy razem nad morze… Ale nie pojedziemy. Nikt z nas nie jest wielkim miłośnikiem polskiego „nadmorza”, a ceny skoczyły tak, że trochęśmy się załamali. Mamy takie wypróbowane miejsce, gdzie zawsze było sporo taniej, niż wszędzie – i zapewne nadal jest sporo taniej niż wszędzie, ale to nie znaczy, że jest tanio. Uznaliśmy (wspólnie, po rodzinnej burzy mózgów), że to po prostu nie ma sensu. Więc zapewne pojedziemy na te kilka dni do cioci do C., żeby wspólnie połazić po bardzo łagodnych Górach Kaczawskich i – podrzuconych mi przez Agaję – Rudawach Janowickich.

A potem w drugiej połowie sierpnia Piłka jeszcze raz jedzie do Szwajcarii (takie mi się światowe dziecko zrobiło!), Pucek na kilka dni na rekolekcje, a kiedy on wróci – ja wyjeżdżam na kilka dni pod koniec sierpnia. Mam nadzieję, że tym razem to wyjdzie. Naprawdę, BARDZO mam na to nadzieję.

***

Skończyłem tamtą książkę, oddałem – po czym miałem lekkie zderzenie z panią redaktorką. Nie z prowadzącą, ale z panią, która ma robić redakcję językową. Dostałem długiego maila, w którym pani redaktorka prosiła, żebym przejrzał tłumaczenie i poprawił, bo jest w nim mnóstwo, jak to ładnie ujęła, „kalek językowych” („kalek” – dopełniacz liczby mnogiej od „kalka”, nie od „kaleka”, rzecz prosta…). Zdziwiłem się mocno, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi – ale jak otworzyłem dokument z jej uwagami, to mi trochę ręce opadły. Napisałem do pani redaktorki bardzo długiego maila, w którym bardzo grzecznie (i trochę gryząc się w język) wyjaśniłem, że to, na co zwróciła uwagę, to bynajmniej nie są „kalki językowe”, tylko wyrażenia używane na co dzień w świecie, w którym przez trzy czwarte swojego życia obracał się autor książki. Bo autor większą część swojego życia spędził (nazywając rzeczy po imieniu) w zamkniętej, destrukcyjnej sekcie. Jedną z charakterystycznych cech tego typu grup jest także „własny”, wewnętrzny język, często bardzo hermetyczny, pełen określeń czy to kompletnie sztucznych i wymyślonych, czy znaczących co innego, niż w „normalnym” słowniku – a także skrótów i skrótowców traktowanych jako oczywiste. Co więcej – autor we wstępie do swoich wspomnień wyraźnie o tym mówi, a na końcu zamieszcza spory słownik wyrażeń, zwrotów, pojęć i skrótów.

Napisałem zatem pani redaktorce, że NIE MOŻEMY tego wygładzać, „unormalniać” i przekładać na literacką polszczyznę, bo jeśli to zrobimy, to będzie zupełnie inna książka. Bo jeśli hermetyczne zwroty zamienimy na „bardziej zrozumiałe”, to już nie będzie przekład, ale interpretacja.

Autor pokazuje świat, w którym tak się mówi i takich określeń używa. A że niektóre zwroty czy wyrażenia (zwłaszcza podczas lektury pierwszych rozdziałów) są dla polskiego czytelnika mało zrozumiałe i mogą budzić pewną dezorientację? To prawda – ale w oryginale jest DOKŁADNIE TAK SAMO i anglojęzyczny czytelnik odniesie bardzo podobne wrażenie. I to wrażenie jest celowe, co autor jednoznacznie wyjaśnia, bo taki język jest jednym z elementów przedstawionego świata. To trochę tak, jakby osoba z zewnątrz nagle trafiła do świata wielkiej korporacji: w pierwszej chwili nie będzie rozumiała sporej części wewnętrznego języka. Później, w miarę czytania kolejnych rozdziałów, czytelnik „uczy się” tego hermetycznego języka, rozumie go, zaczyna traktować jak oczywisty.

Long story short – musiałem wyjaśnić pani redaktorce, że stosowanie takich a nie innych fraz, sformułowań i zwrotów (o akronimach nie wspominając) nie wynikało z lenistwa tłumacza, któremu nie chciało się popracować nad lepszymi rozwiązaniami, ale było absolutnie celowym zabiegiem. Co więcej, tłumacz, jak to ma w zwyczaju, zanim wziął się do tłumaczenia, zrobił porządny „risercz”, w ramach którego między innymi (z bólem zębów) poczytał sobie polskie strony internetowe prowadzone przez rzeczoną sektę i jej lokalnych członków – właśnie po to, żeby zorientować się choćby pobieżnie, jakim językiem ci ludzie się posługują.

Już się wewnętrznie szykowałem na długą batalię i odwoływanie się do redaktorki prowadzącej – na szczęście okazało się to niepotrzebne: pani przyjęła moją argumentację i zapropnowała, żebym w takim razie napisał (co się czasami praktykuję) oddzielną, krótką przedmowę „Od tłumacza”, w której wyjaśnię czytelnikowi to, co wyjaśniłem jej. Moim zdaniem to trochę bez sensu (wystarczy uważnie przeczytać wstęp napisany przez autora), ale czemu nie.

***

A tymczasem czekam na kolejną książkę z tego samego wydawnictwa – miała być „na szybko”, więc za wyższą stawkę, ale z jakichś nieznanych mi (…ani redakcji) przyczyn ciągle jeszcze jej nie ma, co oznacza, że zaproponowany termin (koniec września) jest już w zasadzie nierealny. Mnie to nie przeszkadza, bo mam co robić (mam książkę od innego wydawnictwa, z długim terminem, więc mogę ją zrobić teraz) – mam tylko nadzieję, że przedłużenie terminu nie będzie oznaczało zmniejszenia stawki… Ano, zobaczymy – pani redaktor prowadząca jutro wraca z urlopu, więc może się czegoś dowiem.

Czerwcowo – c.d.

Mały „apdejt”… Pucek zdał, klasę skończył. Jeśli chodzi o oceny – bardzo tak sobie (średnia ok. 3,5), ale po tym wszystkim, co przeszliśmy we wrześniu i październiku niczego więcej nie oczekiwałem. Edukację domową pod auspicjami nowej szkoły zaczął de facto pod koniec października, a w połowie listopada miał wypadek na zawodach judo, po którym przez kolejny miesiąc nie bardzo mógł się uczyć, bo prawą rękę miał na temblaku, więc nie był w stanie nawet robić notatek. Powiedziałem mu wtedy wprost – do licha z ocenami, chodzi o to, żebyś zdał. No i zdał. Będzie miał na świadectwie jakieś mierne (jedna wynika z wyjątkowego pecha, bo wiem, że umiał, tylko trafił na fatalny układ pytań na egzaminie – pozostałe po prostu z tego, że jeszcze nie potrafił dobrze sobie rozłożyć czasu, za późno zaczął się uczyć i tak dalej); ale będzie też miał jedną szóstkę, dwie piątki, jakieś czwórki i trójki. Przeżyjemy. Przynajmniej wakacje będą spokojniejsze…

***

No właśnie, wakacje: zgłosili się do mnie moi niezawodni Amerykanie – zrobiłem dla nich jakieś dwie niewielkie rzeczy, ale na przełomie czerwca i lipca prawdopodobnie będą dla mnie mieli większą robotę (na jakieś dwa tygodnie pracy). A przy stawkach, jakie oni płacą (zdecydowanie amerykańskich…) takie dwa tygodnie oznaczają poważny zastrzyk finansowy. A w dodatku Amerykanie płacą nie tylko dobrze, ale też szybko (w ciągu dwóch – trzech dni roboczych od wystawienia faktury mam pieniądze na koncie). Więc może uda mi się rzeczywiście w te wakacje gdzieś wyskoczyć. Druga połowa sierpnia, może początek września, zobaczymy. Bardzo bym chciał.

***

Z gorszych wieści – mój tata znowu wylądował w szpitalu. Po tamtym pobycie (wyszedł w połowie lutego) czuł się świetnie; cukrzyca opanowana, płuca wyleczone, wszystko na swoim miejscu, codziennie dwugodzinne spacery… Żyć nie umierać. I nagle, jakieś dziesięć dni temu, zaczął słabnąć, coraz gorzej się czuł – właściwie nie wiadomo dlaczego. W środę zgodził się wreszcie (co w jego przypadku nie jest łatwe…) na zrobienie badań. I co? Znowu bardzo wysoki potas (na razie nikt nie wie z jakiego powodu) i… zapalenie płuc. Gdzie on w te piękne, ciepłe dni złapał zapalenie płuc, do licha?!

Od środy wieczorem jest w szpitalu (lekarka wprost powiedziała, że w jego wieku i przy cukrzycy leczenie obustronnego zapalenia płuc w domu nie wchodzi w grę). Potas szybko opanowali, ale płuca zdaje się chwilę zajmą. Tata ma osiemdziesiąt trzy lata – nie jest to może w dzisiejszych czasach wiek ekstremalny, ale jednak jest już mocno starszym panem. Do tego dochodzi ta cukrzyca (co prawda typu 2., nabyta, ale za to przez długi czas lekceważona, mówiąc wprost) – a także fakt, że tata przez ponad czterdzieści lat palił, i to dość sporo (co prawda rzucił ostatecznie – po kilku nieudanych próbach – już ponad piętnaście lat temu, ale wiadomo, że po takim czasie płuca już nigdy nie będą do końca sprawne i mogą być bardziej podatne na infekcje…). Czyli bardzo wesoło nie jest… Ale mam nadzieję, że jakoś to się ułoży.

Czerwiec…

Jak Wam napiszę, że jestem zmęczony, to powiecie, że znowu nudzę… Więc powiem tylko tyle, że dziś po obiedzie położyłem się na chwilę, bo poczułem, że bardzo tego potrzebuję – i spałem dwie godziny. W słoneczne, piękne, niedzielne popołudnie. I nie byłem niewyspany. Po prostu gdzieś, różnymi szczelinami, wyłazi ze mnie zmęczenie.

Nie wiem, czy już o tym wspominałem, ale w te wakacje będą dwa, a może nawet trzy takie odcinki czasu, kiedy Pucek będzie wyjechany, a Piłka będzie w domu. Więc jest szansa, że wreszcie zrobię to, co miałem zrobić we wrześniu ubiegłego roku, czyli gdzieś na kilka dni wyjadę. SAM. Gdzie? Zobaczymy. To będzie zależało od kilku rzeczy – choć technicznie przede wszystkim od finansów, rzecz prosta. Ale też nie mam szczególnych wymagań: tydzień w Bieszczadach będzie absolutnie OK. Po prostu czuję, że muszę odpocząć, muszę trochę połazić sobie sam, z własnymi myślami, z własną ciszą, która może wcale nie jest radosna i roześmiana, ale czasami muszę ją usłyszeć.

***

Pucek – który, jak niektórzy z Was wiedzą, po wrześniowych problemach wylądował ostatecznie na edukacji domowej, ma jeszcze do zdania trzy egzaminy. Na razie idzie mu nieźle – średnią ma koło 4. Ale spokojny będę dopiero, jak zda te trzy ostatnie. Bo jak nie zda, to jednak będzie pewien problem…

***

Książka, którą kończę tłumaczyć, jest naprawdę bardzo ciekawa, językowo nietrudna, ale na poziomie emocjonalnym – ciężka. Wspomnienia człowieka, który przez 40 lat był członkiem Kościoła Scjentologicznego, z czego przez dłuższy czas – jednym z najwyżej postawionych członków jego ścisłego kierownictwa. Kiedy ostatecznie odszedł – nie tylko stracił wszystko (łącznie z rodziną, która odcięła się od niego i pozostała w sekcie), ale przez długi czas był prześladowany i niszczony – stosowano wobec niego, jak sam przyznaje, te same metody, które on pomagał stosować wobec innych „wrogów”. Lektura jest ciężka, bo autor opisuje to wszystko z perspektywy czasu, na spokojnie, wręcz chłodno – ale to, co opisuje, jest po prostu koszmarne. Bolesna wiwisekcja uzależnienia emocjonalnego, manipulacji psychologicznej, przemocy (także fizycznej) i kompletnie toksycznego świata. Niełatwe, ale naprawdę warto.

***

Czysto technicznie, ale dla mnie ważne: od miesiąca pracuję na nowym komputerze. Mój stary Mac Mini miał już ponad 10 lat – co prawda chodził równie sprawnie, jak pierwszego dnia po kupieniu, ale już nie dało się zainstalować najnowszego systemu, coraz więcej programów wołało o aktualizację, coraz więcej opcji było niedostępnych… No i zaszalałem. To znaczy – nie, żebyście nie myśleli: nie kupiłem nowego, nie stać mnie. Wziąłem w leasing. Najnowszy Mac Mini (z nowym, applowskim procesorem M2). I wiecie co?

Jak kilkanaście lat temu przesiadłem się z peceta na Maca, to poczułem się, jakobym zamienił dużego fiata na volkswagena. Inny świat. Dziś, jak się przesiadłem na najnowszy Mac OS na tym nowym procesorze, czuję się, jakbym tego volkswagena zamienił na mercedesa. Niby jeździ się tak samo, niby po tych samych drogach, niby samochód to samochód – ale komfort i przyjemność z jazdy na innym poziomie. Komputer jest dla mnie narzędziem pracy, spędzam przy nim kilka godzin dziennie, więc to naprawdę jest różnica…

(Na wszelki wypadek dodam, że wpisu NIE sponsorowała firma Apple. Niestety.)

***

Na koniec – do posłuchania. Wpadłem zupełnie przypadkiem na coś takiego. Rockowa klasyka – piosenka „Fat Bottomed Girls” grupy Queen – w wykonaniu kapitalnego, żeńskiego tria o uroczej nazwie Remember Monday (w tym nagraniu towarzyszą im jeszcze trzy dziewczyny na gitarze, basie i perkusji). Znakomite po prostu: przy zachowaniu całej kapitalnej, rozbudowanej harmonii, z której słynęła Queen (posłuchajcie pierwszej frazy, najlepiej na większych głośnikach!), i rockowego „pazura”, słyszymy tu jednocześnie coś zupełnie innego, jakąś świeżość, dynamikę, radość i taką energię, że można obdzielić kilka zespołów. Pobrzmiewa tu coś z muzyki gospel, jakieś ślady country, ale też rebeliancka, punkowa bezczelność kojarząca mi się z 4 Non Blondes czy Joan Jett. Posłuchałem sobie na YouTube innych kawałków tej grupy i mam wrażenie, że o dziewczynach z Remember Monday jeszcze nie raz usłyszymy.

A teraz maj…

Kiedyś mieliśmy w domu taki zwyczaj, że zawsze 1 maja śpiewaliśmy wspólnie „Balladę majową”… Śmiesznie było, bo zawsze ktoś mylił tekst, ktoś się wygłupiał i śpiewał falsetem, ktoś tańczył. Potem niestety zwyczaj zanikł, bo Kogoś zabrakło i już było Inaczej. Ja jednak zawsze do tej piosenki wracam – albo ją sobie gram, albo słucham z płyty. I zawsze wiąże się z tym dużo, dużo wspomnień.

Bo kiedyś – jeszcze wcześniej – mieliśmy też inny zwyczaj: w długi weekend majowy zawsze się gdzieś wyjeżdżało. Czasami na dobry tydzień (jak się daty odpowiednio ułożyły), czasami tylko na dwa dni (jak nie było czasu albo pieniędzy). Czasami w góry, czasami do lasu czy choćby na działkę do znajomych.

Utkwiła mi w głowie taka majówka sprzed wielu, wielu lat – to było jeszcze zanim poznałem M. – kiedy pojechaliśmy na pięć dni w Bieszczady. Było nas czworo: koleżanka Prosiaczek, jej chłopak (późniejszy mąż, niestety tylko przez pewien czas…), jej brat zwany wówczas Kangurem – i ja. Był początek lat dziewięćdziesiątych, Bieszczady były wtedy jeszcze znacznie mniej turystyczne, bardziej dzikie i ciche. Dojechaliśmy nocnym pociągiem do Zagórza, stamtąd udało nam się złapać autobus do Leska, ale z Leska do Wetliny już nie (musielibyśmy czekać kilka godzin). Ruszyliśmy zatem autostopem – zabrał nas kierowca ciężarówki, który wiózł chleb do jedynego wówczas sklepu w Wetlinie. Po całej nocy w pociągu byliśmy głodni, a w całej kabinie wniebogłosy pachniało świeżym chlebem… Do dziś ten zapach pamiętam.

A następnego dnia poszliśmy na wyprawę – ale nie szlakiem turystycznym, tylko torami kolejki wąskotorowej, która wtedy w ogóle nie jeździła. Szliśmy (nie spiesząc się, leniwie…) cały dzień. Było ciepło, było cicho, lekki wiatr kołysał szczytami drzew, śpiewały ptaki, a my szliśmy tymi torami aż na Moczarne. Dziś tak by się nie dało – odcinek torów między Wetliną a Moczarnem jest od dawna wyłączony z ruchu, obecnie zresztą jest tam rezerwat ścisły.

Z Moczarnego poszliśmy „na azymut”, z mapą i kompasem, na zachód, aż doszliśmy do żółtego szlaku, gdzieś między Paprotną a Jawornikiem. A potem już szlakiem – najpierw żółtym na Jawornik, a potem zielonym w dół, z powrotem do Wetliny. I przez cały dzień nie spotkaliśmy nikogo. Żywej duszy. W kolejnych dniach chodziliśmy już bardziej „klasycznie” (połoniny, Rawki, Tarnica…), ale to właśnie ten pierwszy dzień najbardziej zapadł mi w pamięć. Takie wędrowanie w kompletnej głuszy, bez spotykania innych ludzi przez cały dzień, miało w sobie coś absolutnie magicznego. Jakbyśmy nagle znaleźli się w innym świecie i innym czasie („…jaka epoka, jaki wiek, jaki rok…”).

Później jeszcze wiele razy doświadczałem takiego wędrowania. Dziś bardzo mi tego brakuje. Ale jest szansa (tylko cicho, żeby nie zapeszyć ;-), że w te wakacje uda mi się na kilka dni wyjechać. Pucek będzie na obozie, a potem wyjeżdża na dziesięć dni z kolegami, w tym czasie Piłka będzie w domu, więc będzie się miał kto zając Luckiem (bo Pietruszka do samodzielnego zajmowania się zwierzem nie bardzo się nadaje…). A ja sobie pojadę. Sam. Na kilka dni. Jeszcze nie wiem dokąd (to będzie zależało od sytuacji finansowej) – ale też nie mam dużych wymagań. Kto wie, może to właśnie będą Bieszczady.

Bo prawda jest taka, że jeśli nie liczyć jakichś jednodniowych wypadów do Warszawy na spotkania ze znajomymi, to od jedenastu lat nigdzie nie byłem sam. I chyba muszę to nadrobić – zarówno dla siebie, jak dla dobra moich dzieci (…bo jak chwilę nie odpocznę, to prędzej czy później mogę któremuś z nich coś zrobić 😉

Franciszkańska 3 i co dalej

Długo się zastanawiałem, czy o tym pisać, ale kto mnie zna, ten wie, że cicho siedzieć nie umiem… Uprzedzam, będzie długo. Krótko się nie da.

Burza medialno-polityczna po opublikowaniu reportażu „Franciszkańska 3” przewala się przez Polskę we wszystkich kierunkach i na stu różnych poziomach. Jedni się oburzają, głośno wyrażają zgorszenie, rwą się do obalania pomników, sięgają po najostrzejsze inwektywy. Drudzy „bronią papieża”, oburzają się na tych pierwszych, odsądzają ich od czci i wiary, zarzucając im (jak zwykle przy takich okazjach) „zdradę ojczyzny i Kościoła”, „stalinowskie metody”, „szarganie świętości” i tak dalej, i tak dalej…

W większości reakcji i wypowiedzi mamy tylko czerń albo biel, żadnych odcieni szarości, żadnego zniuansowania, ani sekundy namysłu. W kraju i tak już podzielonym na dwa wrogie, nienawidzące się plemiona pojawił się kolejny temat, który można do pogłębiania tych podziałów wykorzystywać. A ludzie reagują jak psy Pawłowa – bezmyślnie, bez cienia refleksji. I każdy, kto myśli inaczej, jest Wrogiem.

A ja jak zwykle stoję w środku, patrzę w jedną stronę, w drugą – i po żadnej się nie odnajduję. Ani nie rwę się do obalania pomników i odrzucenia wszystkiego, czego dokonał Jan Paweł II – ani do obrony go na siłę, tylko dlatego, że „papież wielkim Polakiem był”. I – trochę dla poukładania własnych myśli, trochę dla wyjaśnienia mojego podejścia tym kilku osobom, które tu zaglądają – chciałbym wyjaśnić, dlaczego.

1. DLACZEGO NIE RWĘ SIĘ DO OBALANIA POMNIKÓW.

Przede wszystkim – jestem i zawsze byłem zdecydowanym przeciwnikiem „cancel culture”. Nigdy nie zgadzałem się z podejściem według którego czyjś błąd (czy choćby ciężki grzech) w jednej sprawie automatycznie „zeruje” wszystkie inne jego dokonania, dzieła i osiągnięcia. Wielu wielkich ludzi miało w życiu złe chwile, wielu nie raz dokonywało fatalnych wyborów, wielu miało na sumieniu paskudne decyzje. Nie chodzi mi o usprawiedliwianie dokonanego zła („…no tak, był mordercą, ale za to pisał dobre książki”) – ale uważam, że to działa także w drugą stronę: popełnione zło nie niweczy dokonanego dobra. Ludzie nie są tylko dobrzy albo tylko źli. Niezależnie od błędów Karola Wojtyły nic nie zmieni tego wszystkiego, czego dokonał i co zdziałał.

Poza tym mam dziwne wrażenie, że ogromna większość ludzi najostrzej reagujących na ten reportaż i ujawnione w nim fakty to ludzie stosunkowo młodzi, którzy (trochę z „przywileju późnego urodzenia”) postrzegają to, czego się dowiedzieli, w kategoriach kompletnie ahistorycznych. Uwaga: nie mówię o politykach, którzy na fali tych wydarzeń robią sobie przyspieszoną kampanię wyborczą (o tym niżej) – mówię o „zwykłych ludziach”, oburzonych, wściekłych, zgorszonych. Co mam na myśli?

Po pierwsze – niemal wszyscy krytycy (nie wątpię, że w dobrej wierze) mówią o tym, że mając wiedzę na temat konkretnych wydarzeń, Karol Wojtyła zamiast to ukrywać powinien to „zgłosić”. Pytanie zasadnicze: komu miał to zgłosić? Łatwo zapominamy, że mówimy o czasach, w których nie było nawet namiastki niezależnej prokuratury: zarówno prokuratura, jak organy ścigania (milicja, służby bezpieczeństwa) były opresyjnymi instytucjami totalitarnego państwa; państwa, które w dodatku uważało Kościół katolicki za jednego ze swoich największych wrogów. Jeśli ktoś dziś sądzi, że wtedy milicja albo prokuratura uczciwie zajęłyby się sprawcą i robiły wszystko dla dobra ofiar, to chyba nie ma pojęcia, o jakich czasach mówimy. Komunistyczne władze zrobiłyby raczej wszystko, żeby taką sytuację – gdyby już wyszła na jaw – wykorzystać przeciwko Kościołowi; gdyby w tym celu miały na przykład ujawnić dane ofiar, żeby pokazać, „jaki ten Kościół jest paskudny”, nie zawahałyby się ani sekundy. Można zarzucać kardynałowi Wojtyle, że „chronił dobre imię Kościoła kosztem ofiar” – jestem jednak przekonany, że „zgłoszenie” sprawców organom państwa miałoby dla ofiar co najmniej równie fatalne konsekwencje.

Tu, oczywiście można powiedzieć: no dobrze, a co z następnymi ofiarami? Co z tymi wszystkimi, których ci pedofile skrzywdzili później (albo choćby mogli skrzywdzić) dlatego, że sprawcy nie siedzieli za kratkami, tylko byli przeniesieni gdzie indziej? Tu pojawia się „po drugie”.

Po drugie zatem – ahistoryczność, o której napisałem wyżej, wyraża się także w innej sprawie: chodzi o kwestię wiedzy (także naukowej) na temat pedofilii i związanych z nią problemów. Ahistoryczność polega na tym, że oceniamy sytuację z perspektywy świata, w którym pewien zakres wiedzy wydaje nam się oczywisty – i łatwo zapominamy, że ta „oczywistość” jest stosunkowo młoda. Pojęcie „pedofilia” znalazło się już w pierwszym wydaniu DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, podstawowy „podręcznik” zaburzeń psychicznych) z 1952 r. – jednak ani w tym wydaniu, ani w drugim (DSM-II, 1968) nie podano jeszcze nawet kryteriów diagnostycznych. Pogłębienie wiedzy o tym, jak ta parafilia funkcjonuje, jakie są szczegółowe kryteria diagnostyczne i generalnie jak „działają” pedofile to – jeśli dobrze pamiętam – dopiero przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Nie chcę przez to powiedzieć, rzecz prosta, że w czasach, kiedy Karol Wojtyła był biskupem krakowskim, mógł „nie wiedzieć”, że pedofilia jest czymś złym. Mówię jedynie, że raczej nie wiedział (bo nawet dla specjalistów nie było to jeszcze oczywiste) jak ten problem funkcjonuje i jak działa (mówiąc w uproszczeniu) psychika pedofila.

Karol Wojtyła nie był psychologiem, seksuologiem czy psychiatrą. Był teologiem i filozofem, a przy tym także duszpasterzem. Problem pedofilii znał zapewne nie od strony opracowań naukowych, ale (znowu – mówiąc w uproszczeniu) od strony konfesjonału. Jako duszpasterz i osoba nie posiadająca specjalistycznej wiedzy mógł zatem podejmować niesłuszne, błędne i szkodliwe decyzje nie zdając sobie do końca sprawy z ich konsekwencji. Co to znaczyło w praktyce?

Wyobraźmy sobie, że biskup dowiaduje się, że jeden z jego księży dopuścił się czynów pedofilskich. To, że ów ksiądz postąpił podle i że doszło do przestępstwa – było dla biskupa oczywiste. Pytanie – co dalej?

O kwestii „zgłaszania odpowiednim organom państwa” pisałem wyżej, tu chodzi mi przede wszystkim stronę „kościelną”. Wyobraźmy to sobie: lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX w., nawet psychiatrzy i psychologowie wiedzą o pedofilii znacznie mniej, niż wiemy dziś. Biskup wie o niej stosunkowo niewiele. Jak każdy „normalny” człowiek nie do końca jest w stanie zrozumieć takie zachowania (bo – przy ówczesnym stanie wiedzy – patrzy na to właśnie raczej w kategoriach „zachowań”, konkretnych czynów, niż wewnętrznych „potrzeb”). Molestowanie seksualne DZIECKA?! Przecież to jakieś szaleństwo, obłęd (w sensie dosłownym)! Biskup ma przed soba księdza, który dopuścił się takich czynów – ale ten ksiądz (jak w przypadku opisanym w reportażu) bije się w piersi, kaja, mówi o nawróceniu i obiecuje poprawę i zerwanie z grzechem (…i być może nawet sam w to wierzy). Co zatem robi biskup, który – powtórzę – patrzy na tę sprawę nie jako psychiatra, nie jako prawnik, ale jako spowiednik i duszpasterz? Stara się rozegrać sprawę tak, aby nic więcej złego się nie stało, a nawrócony grzesznik także dostał drugą szansę. Więc grzesznika przenosi „gdzieś daleko”, gdzie nie będzie on miał kontaktu z ofiarami. I być może biskupowi wydaje się, że to najlepsze wyjście: ofiary zostały odizolowane od sprawcy, więc są bezpieczne; sprawca został odizolowany od pokus i obiektów pożądania, więc – skruszony i nawrócony – ma szanse na rozpoczęcie od nowa… A przy okazji można sprawę wyciszyć, co będzie dobre dla Kościoła (zwłaszcza w sytuacji funkcjonowania w czasach komunizmu), ale także dla ofiar, które przecież na pewno nie chciałyby, aby to nagłośniono…

Dziś, oczywiście, wiemy, że to bzdura. Wiemy, że fakt molestowania dziecka nie wynikał z tego, że pedofilowi spodobało się to konkretne dziecko, tylko z faktu istnienia pewnej parafilii która powoduje konkretne potrzeby i prowadzi do konkretnych reakcji. I że właśnie dlatego pedofil przeniesiony w nowe środowisko prawie na pewno szybko zacznie w tym nowym środowisku szukać nowych ofiar (nawet jeśli początkowo jego żal i postanowienia poprawy były szczere). Dziś wiemy, że takie działanie nie tylko nic nie zmienia, ale daje pedofilowi nowe możliwości i ostatecznie prowadzi do kolejnych dramatów, kolejnych skrzywdzonych dzieci. Wiemy, że z wielu możliwych sposobów działania to akurat jest jeden z najgorszych. DZIŚ to wiemy. WTEDY biskup mógł myśleć, że postępuje słusznie.

Czy to oznacza, że postępując w ten sposób Karol Wojtyła był bez winy? Oczywiście, że nie. I tu jest miejsce na drugi „duży punkt” tego, chcę napisać. A zatem:

2. DLACZEGO NIE RWĘ SIĘ DO „OBRONY PAPIEŻA NA SIŁĘ” i dlaczego nie przemawiają do mnie idee organizowania „marszów w obronie” i nadęte deklaracje polityków.

Ano dlatego, że prawda jest taka, że Karol Wojtyła jako biskup mógł zrobić więcej. Był człowiekiem wykształconym, myślącym, świadomym; w zderzeniu z tak niepokojącą rzeczywistością (nawet znaną tylko „od strony konfesjonału”) mógł szukać głębiej, mógł zasięgnąć opinii fachowców – psychiatrów, seksuologów. Jasne, pewnie nie zdawał sobie spawy ze skali problemu i możliwych konsekwencji, ale wszystko wskazuje na to, że działał w tej sprawie zbyt pobłażliwie, że wykazał się (podobnie zresztą jak później, choćby w sprawie Marciala Degollado) ogromną naiwnością. Mógł działać ostrzej, twardziej, bardziej zdecydowanie – i być może uratowałby w ten sposób wiele późniejszych ofiar.

Muszę też przyznać, że szlag mnie trafia, kiedy słyszę kolejne napuszone wypowiedzi polityków „broniących Ojca Świętego”, w żaden sposób nie odnoszące się do faktów i przedstawionych materiałów…

Jedni krzyczą, że „ubeckie dokumenty nie są wiarygodne”, udając, że nie widzą wszystkich innych dowodów (zeznań świadków, a także dokumentów kościelnych, także tych spoza polskiego Kościoła). Nie wspominając już o tym, że najgłośniej tego argumentu używają ci sami ludzie, którzy nie mają żadnych wątpliwości co do prawdziwości ubeckich dokumentów, kiedy atakują za ich pomocą swoich przeciwników politycznych czy dowodzą, że Lech Wałęsa „był agentem”.

Inni w ogóle nie próbują nawet sięgać po jakiekolwiek argumenty, sprowadzając całą dyskusję do tego, że „Jan Paweł II wielkim Polakiem był” i każdy, kto twierdzi inaczej, ten łotr, sprzedawczyk, zdrajca ojczyzny, narodu i Kościoła.

I tu dochodzimy do dość zasadniczego problemu dotyczącego stosunku polskiego Kościoła do osoby Jana Pawła II. Papież-Polak był dla nas (także dla mojego pokolenia) kimś absolutnie wyjątkowym. Problem polega na tym, że zamiast słuchać tego, co mówił i czytać to, co pisał, zrobiliśmy z niego „święty obrazek”. Zaczęliśmy go traktować (wybaczcie) jak idola, jak bożka. Zachwycaliśmy się tym, że chodził na kremówki, że jeździł na nartach, do znudzenia powtarzaliśmy żarty, które opowiadał, do znudzenia śpiewaliśmy piosenki, o których wspomniał, postawiliśmy setki pomników człowiekowi, który wiele razy mówił, żeby tego nie robić… Stworzyliśmy sobie „obiekt kultu” z kogoś, kto za życia wielokrotnie podkreślał, że kult i cześć należą się wyłącznie Komu Innemu.

W takim „obrazku” nie ma miejsca na rysy, pęknięcia, niedoskonałości. Nie ma miejsca na spokojne uświadomienie sobie, kim naprawdę był Karol Wojtyła, a później Jan Paweł II.

A był – tylko, aż – po prostu człowiekiem. I jak każdy człowiek miał swoje słabości czy złe chwile. I jak każdemu człowiekowi zdarzało mu się czynić zło. Zdarzało mu się podejmować niewłaściwe decyzje, źle oceniać sytuację, popełniać błędy (także takie, które powodowały bardzo złe skutki), dokonywać fatalnych wyborów. Zdarzało mu się grzeszyć.

I to, że Kościół go kanonizował, nic w tej sprawie nie zmienia: fakt ogłoszenia kogoś świętym nie oznacza, że ten ktoś był bezgrzesznym ideałem, który nigdy w życiu nie zrobił nic złego. Pozwolę sobie przypomnieć, że zgodnie z nauczaniem Kościoła i słowami Pisma każdy człowiek jest grzesznikiem. Nawet ten największy, nawet ten najbardziej podziwiany, nawet ten ogłoszony świętym. A, niestety, im bardziej ubóstwiamy i idealizujemy konkretnego człowieka, tym trudniej nam potem pogodzić się z tym, że na takim idealnym, przesłodzonym obrazie pojawiają się plamy i rysy.

A pojawiają się. I będą się pojawiać. Jan Paweł II – jak wielu innych ludzi, nie tylko tych kanonizowanych – uczynił wiele wspaniałych rzeczy. W wielu sprawach był (i jest) człowiekiem Wielkim. Ale – jak widać – były też sprawy, w których – znowu, jak każdy człowiek – okazał się mały, słaby, niedostatecznie dobry i niewystarczająco wielki. TAK PO PROSTU JEST. Od ludzi możemy się wiele nauczyć, możemy ich podziwiać – ale nigdy na sto procent, nigdy absolutnie i bezkrytycznie. Jeśli szukamy ideału – musimy go szukać Gdzie Indziej.

Co dalej? Mam nadzieję (naprawdę), że kiedy już opadną emocję, zdołamy (mówiąc „my” mam na myśli Kościół w Polsce) wyciągnąć z tej sprawy wnioski. Że powstanie – jak postuluje wielu ludzi Kościoła – niezależna komisja, złożona z naukowców, które zostanie dopuszczona do kościelnych archiwów i będzie mogła je spokojnie i rzeczowo zbadać. Bo najgorsza i najtrudniejsza prawda zawsze będzie lepsza, niż najpiękniejsze kłamstwo. Bo żadnego problemu nie da się rozwiązać przez udawanie, że go nie ma.

Jan Paweł II nigdy nie przestanie dla mnie być kimś wyjątkowym – zawsze będę uważał, że był człowiekiem wielkim i wielkich rzeczy dokonał. Ale jego wielkość nie zmienia faktu, że był człowiekiem, a więc także grzesznikiem. Każdy z nas (toutes proportions gardées) nosi w sobie te dwie rzeczywistości: wielkość Dziecka Bożego i skazę grzechu.