Dzieje się milion rzeczy. Na raz, oczywiście, bo przecież jakby się działy po kolei, to by było za proste. Tu lekarz, tam jakieś urzędy, to trzeba załatwić, tamto trzeba załatwić… Do tego dochodzą zbliżające się święta, które z paru powodów będą wyglądały nieco inaczej, niż zwykle (o tym niżej). A ze świętami wiążą się także próby scholi na Triduum Paschalne (czyli jeszcze jedno popołudnie / wieczór zajęte). A na to wszystko nakłada się oczywiście normalna praca – kończę książkę, na którą teoretycznie mam jeszcze sporo czasu, ale w praktyce MUSZĘ ją skończyć jak najszybciej, bo im szybciej skończę, tym szybciej zapłacą – a to niestety znowu robi się sprawa życia i śmierci. Nie, jasne że nie dosłownie. Ale.
Bo oczywiście zawsze coś, prawda? Pieniądze za książkę będę miał za +/- trzy tygodnie. Czyli już na pewno po świętach. Na koncie głównie przeciągi – ale wyliczyłem, że jakoś te trzy tygodnie przeżyjemy. Na styk, bez szaleństw, ale przeżyjemy. Wyliczyłem to dokładnie w poniedziałek rano. I jak już miałem wyliczone, to właśnie przyszła wiadomość z towarzystwa ubezpieczeniowego, że we wtorek upływa termin płatności drugiej raty składki za ubezpieczenie samochodu (o której inaczej bym zapomniał, co także świadczy o tym, że jestem zmęczony). I cały misterny plan…

…wiadomo.
Jak zapłacę wszystko to, co mi zostało do zapłacenia w ciągu najbliższych kilku dni, to zostaną mi jakieś grosze, za które oczywiście trzech tygodni nie przeżyjemy. O świętach już nawet nie wspominam – dobrze przynajmniej, że akurat TE święta to bardziej na liturgii, niż gdzie indziej, i bez kupowania prezentów. Co nie zmienia faktu, że tym razem niestety nie obędzie się bez pożyczenia. Dobrze, że z grubsza jest od kogo…
Zawsze na „świąteczne śniadanie” (płynnie przechodzące w świąteczny obiad…) w Niedzielę Wielkanocną jeździliśmy do mojego Taty. Tradycja, zawsze tak było i gdzieś podświadomie oczywiście myśleliśmy, że zawsze tak będzie. Ale, jak wiadomo, „zawsze” nie istnieje… Ciocia (żona Taty) poważnie chora. Chemie, naświetlania i wszystkie inne atrakcje, które (niestety) dobrze znam. I ciocia – mistrzyni świątecznego stołu – powiedziała, że niestety, ona w tym roku „imprezy” nie zrobi, bo po prostu nie będzie miała na to siły. Do nas też nie przyjadą, bo – patrz punkt pierwszy. Jasne, pojedziemy do nich w niedzielę późnym popołudniem czy wieczorem, żeby się chociaż zobaczyć (Piłka przyjeżdża do domu na niecałe trzy dni…) – ale to tyle. I wiele niestety wskazuje na to, że dużo lepiej już nie będzie.
Piłka miała w ogóle nie przyjeżdżać na Wielkanoc, bo na uniwersytetach w Stanach nie ma przerwy wiosennej połączonej z wielkanocną, jak w wielkiej Brytanii: do czwartku miała mieć normalnie zajęcia, potem od poniedziałku dalej – a lot z Ameryki do Europy na dwa dni to jednak trochę przesada. Okazało się jednak, że półtora tygodnia przed Wielkanocą Piłka z grupą z Harvard Law School leci na kilka dni do Wiednia na jakiś międzynarodowy konkurs dla studentów prawa. Wracają z tego Wiednia… w Poniedziałek Wielkanocny. Za bilety lotnicze oczywiście płaci uczelnia. Więc moja rzeczowa córka poszła do organizatorów i zapytała, czy mogą jej kupić bilet powrotny nie z Wiednia, tylko z Warszawy. Zgodzili się, nie robiło im to różnicy. Więc Piłka kupiła jakiegoś Wizzaira czy Ryanaira (nie pomnę) z Wiednia do Warszawy: zjawi się w domu w sam Wielki Piątek późnym wieczorem, a już w poniedziałek leci z powrotem do Bostonu. Trochę wariactwo – ale przynajmniej wpadnie.
***
Zmęczony jestem. Bardzo. Uświadomiłem sobie, że w zasadzie przez cały ubiegły rok nie miałem wakacji. Jasne, byłem na Filipinach – wyprawa fantastyczna, ale jednak wakacje to nie były (choć spędziliśmy dwa dni na plaży…). Wyjazd w sierpniu – choć także bardzo pozytywny – też nie był „wypoczynkowy”. Potrzebuję wakacji. Choć kilku dni oderwania od codzienności, wyjechania gdzieś, pobycia ze sobą samym albo w jakimś miłym (ale niewielkim!) towarzystwie. Tyle, że w najbliższym czasie nie mam na to najmniejszych szans. Może – MOŻE – jak wszystko dobrze się ułoży (…i będą jakieś pieniądze), to uda mi się wyrwać na kilka dni… we wrześniu. Na pewno nie wcześniej. A jest dopiero koniec marca.
A ja właśnie przez te ostatnie nieco zwariowane dwa tygodnie – i mając w perspektywie kolejne dwa podobne – coraz mocniej odczuwam to, że (mówiąc najprościej) nie mam już dwudziestu lat. Ani czterdziestu zresztą. Że zwyczajnie mam mniej siły niż kiedyś. Że szybciej się męczę, że jestem mniej odporny, że taka sama ilość „dodatkowych atrakcji”, które jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu skwitowałbym sarkastycznie, że „…ot, dzień świra” – dziś okazuje się dużo większym obciążeniem. I wymaga dużo dłuższej regeneracji. Na którą nie ma czasu ani środków.
No, to sobie pomarudziłem.
