Piłka w ramach jakiegoś konkursu dla studentów prawa pojechała niecały tydzień temu z ekipą z Harvard Law School do Nowego Jorku. Przez trzy dni brali tam udział w jakichś zajęciach i wydarzeniach, a w niedzielę mieli wracać do Cambridge (Massachusetts).
Słowo-klucz: MIELI.
Nowy Jork (i połowę Wschodniego Wybrzeża USA) sparaliżowała gigantyczna śnieżyca. Miasto zostało praktycznie zasypane. Pociąg, którym mieli wracać (podobnie jak wszystkie inne pociągi) został odwołany. Autobusy międzymiastowe nie kursowały. Drogi były nieprzejezdne. O samolotach nawet nie wspominam.
Dziś rano (!) śnieżyca już ustąpiła, sam Nowy Jork powoli wraca do życia, ale pociągi i autobusy (i tak dalej) w dalszym ciągu z miasta nie wyjeżdżają. Piłka wraz z siódemką kolegów i koleżanek dalej nie jest w stanie wrócić w okolice Bostonu. Z jednej strony – wszyscy są już wkurzeni i zmęczeni, czekają na nich różne zajęcia na uczelni i obowiązki. Z drugiej – jest to jednak dość niezwykła przygoda: w XXI wieku tak po prostu utknąć. NA MANHATTANIE.
Rozmawialiśmy dziś przez WhatsAppa – Piłka opowiedziała mi trochę o swoich nowojorskich przygodach. Bo śnieżyca i kompletnie zasypane miasto (plus ogłoszony przez władze miasta zakaz jazdy samochodami w godzinach nocnych) pozwala na zobaczenie Nowego Jorku z zupełnie innej strony, niż pokazują to przewodniki turystyczne. Zjeżdżanie na kurtkach (w braku sanek) spod Lincoln Memorial… Nocny jogging w Central Parku, w osiem osób, na śniegu… No i powrót do hotelu środkiem Piątej Alei (bo nic nie jeździ), przez zaspy, koło północy, kiedy przez dobre pół godziny byli jedynymi ludźmi w polu widzenia… Klimat jak z filmów postapokaliptycznych.
Dziś już podobno jest lepiej, ale ponieważ pociągi nie jeździły przez trzy dni (o samolotach nie wspominając), to dostanie jakichkolwiek biletów do Bostonu graniczy z cudem. Na razie są na etapie prób wypożyczenia samochodów (wśród tej ósemki są dwie osoby z amerykańskim prawem jazdy, więc to do zrobienia). Tyle, że to 340 kilometrów, koło czterech godzin jazdy… w normalnych warunkach.
A warunki normalne nie są i kto wie, jak wyglądają drogi na trasie Nowy Jork – Boston.
To się nazywa przygoda… Trochę się o nich denerwuję – a trochę zazdroszczę (…kto mnie zna, ten się nie zdziwi 😉 )



