Obiecuję sobie, że wrócę do pisania, ale za każdym razem, kiedy chcę się za to wziąć, coś „wypada”. Dużo ostatni spraw, które sprawiają, że nie chce mi się pisać, nie chce mi się opowiadać, nie chce mi się tłumaczyć. A z czasem – oczywiście – sprawy się nawarstwiają, więc kolejnym dniu czy tygodniu jeszcze trudniej się zabrać za pisanie, bo tych spraw do opisania czy wyjaśniania jest coraz więcej. Więc siadam, patrzę przez chwilę – a potem i tak kończy się na „…bez sensu”.
Nie, to nie jest tak, że wszystko jest źle, wszystko się wali, nic się nie udaje. Obiektywnie patrząc jest… Przeciętnie. Zapewne. Tylko kilka poważniejszych problemów… i milion drobnych spraw, które sprawiają, że trochę nie mam siły na to wszystko.
Pamiętam, jak kiedyś tu pisałem zirytowany o problemach finansowych. I co? I minęło ileś lat (a ten blog ruszył już ponad dwadzieścia lat temu!) – i dalej jest tak samo. Znowu gdzieś brakuje, znowu czegoś się nie da, znowu trzeba nerwowo czekać, czy aby przelew zdąży wpłynąć zanim będzie musiał wypłynąć (…że się tak wyrażę). Nawet jak przez chwilę jest lepiej – to zaraz znowu nie jest. Tym razem przelew ma wpłynąć w piątek (…„do piątku”, ale realnie oznacza to piątek, rzecz prosta). Problem polega na tym, że w czwartek muszę coś zapłacić. I co z tym fantem zrobić? Jakieś drobne zagięcie czasoprzestrzeni byłoby niezłym wyjściem…
Jasne, jasne, z głodu nie umrę, będę musiał pożyczyć (…od kogo?) i tyle. A potem wpłynie, to oddam. Co oznacza, że to, co wpłynie, już będzie uszczuplone. I nawet to by było do wytrzymania – „zacisnąć pasa”, przeczekać, za kilka dni kończę książkę, więc niedługo niby jakaś kasa będzie… Tyle, że jest styczeń. A w lutym będzie rachunek za gaz. A przez ostatni miesiąc temperatury były takie, że jak pomyślę o wysokości tego rachunku, to już nawet ogrzewania nie musze podkręcać , bo i tak mi się gorąco robi.
I tak w nieskończoność.
***
Mówiłem Wam kiedyś o osiołku w kieracie…? Obrazek usłyszany na jakichś rekolekcjach. Osiołek chodzi w kieracie. Kierat, praca, codzienne życie, porównanie banalne do bólu. Tyle, że jak się chwilę zastanowić…
Taki „kierat” kojarzy nam się z pracą bez sensu i bez celu, męczącą po prostu. Ale to nieprawda. Kierat nie jest bez sensu. Kierat ma cel. Kiedy osiołek kręci kieratem, to (na przykład) pompuje wodę, która nawadnia pole. To jest potrzebna i ważna praca! Bez wody pole nie obrodzi, bez ciężkiej pracy osiołka nie będzie jak żyć. Praca osiołka ma sens. Ma cel. Jest potrzebna. Ale…
Osiołek chodzi w kieracie cały dzień. Wieczorem jest zmęczony. Bolą go nogi, jakby przeszedł wiele kilometrów. Nie, nie „jakby”. Przecież właśnie przeszedł wiele kilometrów! W końcu szedł cały dzień.
Cały dzień szedł przed siebie, w dodatku z obciążeniem. Wiedział, że nie może przestać, że jego praca jest potrzebna, że nie może zawieść. Szedł, szedł, szedł…
…ale wieczorem, po całym dniu chodzenia, dalej był w tym samym miejscu, co rankiem. Smutne, co?
A potem, raz na jakiś czas, osiołek ma czas, żeby się zatrzymać. Jakaś chwila wolnego, jakieś małe wakacje, jakieś rekolekcje… Więc osiołek ma też czas, żeby pomyśleć. Żeby przeanalizować całą swoją sytuację. A kiedy już widzi – podejmuje jakąś refleksję. Patrzy na to wszystko z perspektywy.
Więc kiedy wraca do pracy, zaczyna… Chodzić szybciej.
Tyle. Morału dziś nie będzie.
Są za to dwie świetne płyty, które chciałem Wam polecić. Ale to już nie dziś. Stay tuned.