Spieszmy się.

Zmarł Jan Turnau – mądry i dobry człowiek, publicysta, animator dialogu ekumenicznego. Pisał mądrze (parafrazując ś.p. księdza Tischnera – pisał nie tylko do rzeczy, ale też do ludzi).

Poznałem Jana ćwierć wieku temu, kiedy zaczynałem pracę w Jednej Gazecie. Poniekąd poprzez niego tam trafiłem. Zdarzało nam się rozmawiać na bardzo różne tematy (ale z nim nigdy nie rozmawiało się „o niczym”), kilka razy miałem okazję z nim współpracować (wspólnie robiliśmy na przykład wywiad z o. Timothym Radcliffe’em, wówczas generałem dominikanów, w ubiegłym roku mianowanym kardynałem przez Franciszka). Wiele razy pomagał mi zdobywać potrzebne informacje. Miał „namiary” i bezpośrednie numery telefonów do połowy episkopatu, mnóstwa innych ludzi istotnych w Kościele, ale też do przedstawicieli innych kościołów, do rabinów, do wielu muzułmanów. Znali go niemal wszyscy, a on zawsze był sobą – człowiekiem o niezwykle przenikliwym spojrzeniu, ale skromnym, dobrym, otwartym, raczej słuchającym innych, niż mówiącym o sobie.

Kiedy odszedłem z gazety (krótka to była przygoda, niecałe trzy lata…), utrzymywaliśmy kontakt… Z rzadka. Ja dzwoniłem do niego w dniu jego urodzin (łatwo mi było pamiętać, bo miał urodziny w tym samym dniu, co moja M.). On odzywał się też może raz w roku, pytał co u mnie słychać. Po śmierci M. zadzwonił i powiedział dosłownie dwa zdania – że mi współczuję, że pamięta), a potem długo milczał do słuchawki.

A potem jakoś nam się ten kontakt wyciszył. Co roku dwudziestego trzeciego lutego myślałem, żeby do niego zadzwonić – ale jakoś nigdy tego nie zrobiłem. Kiedy we wrześniu spotkałem się „po latach” ze znajomymi z gazety, pytałem o niego – ktoś powiedział, że jest już bardzo słaby, że się bardzo postarzał, choć „wygląda tak jak zawsze” (bo Jan „od zawsze” wyglądał jak mocno starszy pan). Pomyślałem, że muszę się do niego odezwać. I że w lutym, na jego urodziny, zadzwonię. I pewnie bym to zrobił, ale wczoraj dowiedziałem się, że odszedł.

To „…spieszmy się kochać ludzi…” z wiersza księdza Twardowskiego (też Jana…), bywa powtarzane, parafrazowane, przekształcane na tyle sposobów, że stało się niemal memem. Że już prawie trąci banałem. A jednak…

Dodaj komentarz