Co się stało z naszą klasą? No więc…

W niezwykłym spotkaniu miałem okazję uczestniczyć… Trzydzieści pięć lat (!) po maturze jedna z moich szkolnych koleżanek postawiła sobie za punkt honoru zorganizowanie klasowego spotkania. Odezwała się do tych kilku osób, do których miała jakiś kontakt, te osoby odezwały się do kolejnych… I tak dalej. Do naszej klasy w liceum chodziło – jak obliczyliśmy – trzydzieści osiem osób (oczywiście nie jednocześnie: ktoś odszedł, ktoś przyszedł, ktoś wyjechał, ktoś dołączył, ale łącznie przez cztery lata tyle nas się przewinęło).

Ostatni raz spotykaliśmy się dziesięć lat temu, na dwudziestopięciolecie matury. Wtedy zjawiło się bodaj dwanaście osób. Tym razem szeroka akcja poszukiwawcza (nie tylko internetowa) doprowadziła do tego, że z tych trzydziestu ośmiu osób pozostało już bodaj tylko sześć, z którymi nikt nie ma kontaktu i nikt nie wie, gdzie są i co robią. Cała reszta jakoś się odnalazła (w czym oczywiście niemałą rolę odegrał wujek Google).

Wstępnie umówiliśmy się spotkanie na przełomie września i października – ale „w międzyczasie” postanowiliśmy się spotkać przynajmniej mniejszą grupą, „kto może”.

Co ważne: nie byliśmy zgraną klasą. Za dużo indywidualności, ludzi „innych”, zakręconych (pozytywnie). A jednak w ostatnią niedzielę, w ogrodzie podwarszawskiego domu jednej z naszych koleżanek, na wstępnym spotkaniu zjawiło się piętnaście osób!

Niesamowite to było spotkanie. Troje lekarzy, jedna psychoterapeutka, jedna lingwistka, dwóch chemików, dyrektorka projektów w wielkiej, międzynarodowej fundacji, dyrektor polskiego oddziału wielkiej firmy chemicznej, szefowa marketingu w innej firmie… Ktoś mieszka w Warszawie, ktoś pod Krakowem, jedna koleżanka razem z mężem (Polakiem) siedzi od dwudziestu lat w Norwegii i uczy norweskie dzieci… języka norweskiego, inna jest leśnikiem i mieszka w leśniczówce w środku lasu, jeszcze inna – siostrą karmelitanką (jej oczywiście nie było). Ktoś ma troje dzieci, ktoś jedno, ktoś jest szczęśliwie żonaty od ćwierć wieku, ktoś inny ma za sobą trudny rozwód, ale się trzyma, trzy koleżanki są już babciami (!) – choć Bogiem a prawdą żadna na to nie wygląda… Opowiadaliśmy sobie o dzieciach, psach, kotach, zainteresowaniach i pasjach, mimo wszystkich różnic śmialiśmy się z tych samych żartów i zajadaliśmy się przysmakami i ciastami przygotowanymi specjalnie na tę okazję. Zaśmiewaliśmy się wspominając różne szaleństwa, wygłupy, kawały robione nauczycielom i sobie nawzajem, różne „odpały” ze szkolnych wycieczek…

Pamiętacie piosenkę Kaczmarskiego „Co się stało z naszą klasą”? Smutna to opowieść (choć oczywiście o zupełnie innych czasach traktuje). Nasza historia byłaby jednak zupełnie inna. W większości – pozytywna i pełna światła, mimo wszystkich trudności, strat, bolesnych doświadczeń… Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkim wszystko w życiu szło dobrze – niektórzy stracili bliskich, inni mieli inne problemy i kłopoty… Ale summa summarum widać wyraźnie, że nasze opowieści – nawet, jeśli nie są łatwe – mają pozytywne przesłanie.

Byliśmy „tym” rocznikiem – Matura’89. Pamiętacie film „Ostatni dzwonek”? To było o nas. Oglądaliśmy go już po naszej maturze…

Naprawdę cieszę się na to „oficjalne” spotkanie jesienią – mam nadzieję zobaczyć kilka osób, których tym razem nie było. Pewnie nie będzie wszystkich (parę osób mieszka za granicą, poza tym życie jak wiadomo zaskakuje…), ale jeśli będzie nas dwadzieścia czy dwadzieścia pięć osób, to i tak będzie świetnie.

Zaskakująco dobrze się bawiłem.

Mam dwie wiadomości.

Jedna jest dobra, ale za to druga jest dobra.

Dziś rano Pietruszka miał egzamin licencjacki. Wczoraj się tak stresował, że go brzuch bolał. Zasnąć nie mógł. Jeszcze rano, w samochodzie, jak go podwoziłem na dworzec, to mi zawzięcie tłumaczył, że to wcale nie jest takie pewne, że on zda, bo tylu rzeczy nie zdążył powtórzyć… Jasne.

Praca świetna, egzamin też, dostał czwórkę z plusem (co, z tego co wiem, na jego wydziale zdecydowanie nie jest normą, jeśli chodzi o licencjaty). Czyli od dziś może mówić, że ma wyższe wykształcenie 🙂

Aż miło popatrzeć, jak mu nerwy odpuściły, jak z niego całe napięcie zeszło. Dziś już można z nim było normalnie porozmawiać, co przez ostatnie kilka tygodni nie było łatwe.

Uff, jedno z głowy.

Papiery na magisterkę złożył… Na obie ścieżki, o których pisałem. Jak go przyjmą na obie, to będzie się decydował. A dziś rzucił, że są tacy, co robie jednocześnie dwie… Wiem, że dałby radę, ale chyba wolałbym, żeby wybrał jedną, bo jak będzie miał dwa razy tyle stresu co dotąd, to prędzej czy później JA zwariuję. 😉

***

Piłka… No więc…

Piłka właśnie skończyła pierwszy z dwóch staży w dwóch firmach prawniczych z Magic Circle. Stażyści, którzy się w czasie takie stażu „spodobają” pracownikom firmy, mogą się starać o pracę. Oczywiście praca „dochodzi do skutku” po zakończeniu college’u (czyli za rok), albo – jeśli takie są plamy – jeszcze rok później, po zrobieniu „masters”, czyli magisterki. Ale jeśli firma zaproponuje pracę – a stażysta ją zaakceptuje – to normalnie podpisuje się umowę.

Rozmowy były w ubiegłym tygodniu, odpowiedzi miały być „w ciągu dwóch tygodni”. Dziś do Piłki zadzwoniła pani „partnerka” w firmie i przekazała jej, że jak tylko skończy studia, chcą ją mieć u siebie. „Zgodnie z zasadami nie mogłam pani tego przekazać wcześniej, ale byliśmy zdecydowani od razu po rozmowie z panią. Jutro dostanie pani oficjalnego maila z propozycją umowy”.

No kurczę, no! 🙂

Co to oznacza? Po pierwsze – absolutny spokój. Może po skończeniu college’u uda się od razu zrobić „masters” (firma może nawet za to zapłacić, tylko wtedy trzeba podpisać „cyrograf” na przykład na pięć lat zamiast na trzy). Może nie od razu – tylko za rok albo dwa. Ale tak czy owak Piłka już wie, że po skończeniu college’u ma pracę, nie ma żadnego problemu z uzyskaniem wizy pracowniczej (bo występują o nią firma). Po drugie – dobrą (choć oczywiście trudną i wymagającą) i przyzwoicie płatną pracę w jednej z najlepszych na świecie firm prawniczych; przepracowanie tych trzech czy pięciu lat w takiej firmie oznacza, że cokolwiek potem chciałaby robić, ma już takie CV, że przyjmą ją w zasadzie wszędzie.

Ponieważ oficjalny mail z propozycją umowy przyjdzie dopiero jutro, nie piszę na razie nazwy firmy. Ale jak umowę podpiszą, to nie omieszkam się pochwalić. 🙂