Mruczanka Niewątpliwie Jesienna

„Jesień idzie – nie ma na to rady”.

Sumaki za oknem robią się czerwone, liście dzikiego wina wspinające się po słupie przy płocie sąsiadów mają już kolor starego burgunda.

Ciągnie Puchtaka w góry, ale szanse na zrealizowanie tego „ciągnięnia” są niewielkie. Co prawda M., Najlepsza Żona Na Świecie (co najmniej), mówi Puchatkowi „jedź”, ale do końca października ma Puchatek huk roboty, więc wyrwanie się na cztery dni z domu jest nierealne. A jak się mieszka na płaskim Mazowszu, i chce się pojechać na przykład w Bieszczady, to wyprawa krótsza niż cztery dni (licząc z dojazdami…) nie ma większego sensu.

***

Dwie nowe płyty na półce. To znaczy – nie takie nowe, bo obie wyszły już jakiś czas temu, ale albo czasu nie było, albo głowy.

Grzegorz Turnau, „Historia pewnej podróży”, czyli płyta-wspomnienie o Marku Grechucie. Piosenki Grechuty Turnau śpiewa zupełnie inaczej – a jednak od razu wiadomo, o co (i o kogo) chodzi. Osobista interpretacja – ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby Grechuta pisał „Korowód” dziś, to właśnie taka instrumentacja by powstała.

Norah Jones, „Not Too Late”. Kiedy płyta ukazała się w sklepach, czytałem recenzję jakiegoś krytyka, bodajże w „Wyborczej”, ale głowy nie dam. Recenzja była ambiwalentna – autor z jednej strony przyznawał, że Jones reprezentuje poziom i styl, z drugiej – narzekał, że płyta jest „wtórna”, że nie ma na niej nic nowego, że jak się zna dwie poprzednie płyty tej pani, to trzecia niczym nas nie zaskoczy, że Jones (w pewnym sensie) „odcina kupony” i „śpiewa w kółko to samo”.

A guzik prawda. Ta płyta jest zupełnie inna, niż poprzednie. Mam wrażenie, że nagrana na dużo większym luzie i mniej poważnie. Wystarczy porównać nastrój słynnego „Come Away With Me” czy „Sunrise” z takim „Sinkin’ Soon”…

Jedno rzeczywiście się nie zmieniło: Norah Jones śpiewa to, co ma ochotę śpiewać. To po prostu słychać – ona naprawdę dobrze się czuje w tej muzyce. Jest swobodna, śpiewa tak, jakby kompletnie nie myślała o stojącym przed nią mikrofonie czy obsłudze studia nagrań. Dobrze się bawi, jeśli można to tak nazwać. Jest sobą. A to niestety można dziś powiedzieć o bardzo niewielu artystach. Bo większość z nich – jak zresztą często są nazywani – to tylko „wykonawcy”. Ktoś napisał nutki, ktoś napisał tekst, a ktoś się nauczył i odtwarza. Lepiej lub gorzej.

Coraz mniej w muzyce współczesnej jest „osobowości”, ludzi którzy nie tylko „wykonują”, ale wkładają w to coś z siebie.

A przecież tylko takich naprawdę warto słuchać – nawet, jeśli „na pierwszy rzut ucha” wydaje się, że się powtarzają. Cała reszta to papka. Guma do żucia dla uszu.

Po śmierci Elli Fitzgerald ktoś z krytyków napisał, że „…odeszła ostatania wielka dama piosenki – teraz zostały już tylko śpiewające modelki”. Pewnie przesadził (bądź co bądź śpiewa jeszcze Aretha Franklin, żeby tylko jeden przykład wymienić!) – ale Norah Jones to dowód, że także w „kolejnym pokoleniu” nie tylko śpiewające modelki mamy na scenie…

Jesienny wieczór, imbryk z dobrą herbatą i taka płyta – ha, da się żyć…