Mruczanka majowa

 

…ale całkiem nie optymistyczna, niestety. Przeżycia – traumatyczne. Bo Mattka Polka wróciła ze ślubu – a Puchatek niestety z Pierwszej Komunii.

Pierwszą Komunię przyjmowała córka puchatkowej kuzynki. Kilka słów o pozytywach na początek – bo potem już będzie tylko horror.

Pozytyw pierwszy – parafia na tyle postępowa, że wszystkie dzieci do Komunii w jednakowych strojach. Chłopcy – w ministranckich komżach, dziewczynki – w prostych albach z kołnierzykami. Więc przynajmniej nie było kretyńskiej „rewii mody” i ośmioletnich panien młodych licytujących się, która ma więcej falbanek.

Pozytyw drugi – organistka. Śpiewała „normalnie”, dla dzieci – ale całkiem do rzeczy. Nie było źle.

I jeśli chodzi o pozytywy – to tyle.

Natomiast poza tym – jako rzekłem – horror.

W niewielkim kościele dziki tłum ludzi, z których duuuuża część wyraźnie z gatunku tych, co to „ile razy do kościoła przychodzą, to akurat ksiądz jajka święci”. Rozgardiasz, gadanie, wujkowie, ciotki i pociotki łażące po całym kościele i błyskające fleszami dzieciom po oczach, księdzu po okularach. Niedaleko Puchatka jakiś przygłup dyskutował całą mszę z drugim przygłupem o tym, jak się robi miód pitny i gdzie wyjadą na wakacje. Puchatek rozumie, że nie każdy do kościoła chodzi, Puchatek to szanuje. Ale w takim razie – po co ta szopka?!

 

Sposób sprawowania uroczystości wołał o pomstę do Nieba. Jak zwykle przy takich okazjach jasno było widać, że najważniejsze jest gdzie kto stoi, jak dzieci mają skręcać przed ołtarzem, kiedy co jest mówione. Dzieci recytowały dziesiątki kretyńskich „wierszyków” – a to z podziękowaniami, a to z prośbami. „Wierszyki” ewidentnie pisane przez dorosłych (…kretynów…), którym się wydaje, że takim językiem mówią dzieci. Potworne, częstochowskie rymy, kwieciste frazy rodem z teczek najgorszych tekściarzy disco-polo. Wierszyków było zresztą w tej mszy więcej, niż Słowa Bożego. Głupie, infantylne, prymitywne.

 

Kazanie proboszcza… Teologicznie niby poprawne, treściowo niby nawet do rzeczy, ale forma… Zdrobnienia, słodkości, infantylizmy. „Serduszka”, „duszyczki” (obowiązkowo: „jasne” albo „czyste”), „kwiatuszki”, „twarzyczki”… I wszystko to takim tonem i z taką intonacją, jakby mówił do trzylatków, a nie do dzieci pięć lat starszych…

 

DLACZEGO??? Dlaczego ludziom się wydaje, że jak mówią do dzieci, to muszą mówić infantylnie? Że mówienie do ośmiolatków do jak mówienie do idiotów? Czy ośmioletnie dziecko nie może usłyszeć, że ma „serce”, tylko nieustannie – „serduszko”?

 

Czy te kretyńskie wierszyki i częstochowskie rymy MUSZĄ być stałym elementem Pierwszych Komunii?

 

I nie chodzi tylko o stronę estetyczną (choć puchatkowa humanistyczna dusza cierpiała okrutnie). Chodzi także o to, że w zalewie tej słodkości, tych wierszyków, serduszek i duszyczek kompletnie ginie to, co najważniejsze, to, o co naprawdę w całej tej uroczystości chodzi.

 

Mam wrażenie, że w wielu naszych parafiach przy organizowaniu takich uroczystości idzie się po linii najmniejszego oporu. Byle było „pięknie”. Schemat goni schemat, sztampa goni sztampę. Nikt się nie przejmuje prostą myślą: co zrobić, żeby te dzieciaki naprawdę przeżyły to wydarzenie tak, jak powinny. Jako Spotkanie z Przyjacielem. Nikt nie pamięta o tym, że to On jest tu najważniejszy – a nie wierszyki, podziękowania, oprawa i „kwiatuszki”.

 

Oj, rację miał niestety ksiądz biskup Pieronek w słynnym wywiadzie, za który tak go krytykowano: nie ma w naszym Kościele jasnej wizji duszpasterskiej. Nie ma pogłębionej refleksji, myślenia, analizy jakiejś.

 

Są „serduszka”, „duszyczki” i wszechobecny kicz, zasłaniający swoją lukrowaną polewą to, co naprawdę ważne.

 

„…plwajmy na tę skorupę – i zstąpmy do głębi”, że zacytuję Wieszcza ;).

 

„Wypłyń na głębię” – wołał Jan Paweł II. Na GŁĘBIĘ. A my dalej wierszyki i kokardki. Myślenie boli, oj, boli…

😦

Mruczanka Kolejowa

Remont za nami. Po jego zakończeniu Puchatek sprzątał DWA DNI praktycznie bez przerwy. Skończył w sobotę – a w zasadzie w niedzielę, bo jak się kładł był spać, to dłuższa wskazówka budzika stała na dwunastce, ale za to krótsza – na czwórce. Znaczy – była chyba czwarta nad ranem, chociaż po dwóch dniach sprzątania bez przerwy Puchatek nie był już tego całkiem pewien.

Wstał za to Puchatek za dwadzieścia szósta – czyli spał całą godzinę i minut czterdzieści. Wstał i pojechał do M. i Potworów na Drugi Koniec Polski.

Spędził tam Puchatek jeszcze dwa dni, poczem w środę całą ferajną wrócili do G. I tu się zaczyna opowieść właściwa.

Chojnów – szesnaście kilometrów za Legnicą. Żeby jechać możliwie najkrócej i nie cofać się z Warszawy do G., jechał Puchatek z całą gromadką czterema pociągami. Chojnów – Wrocław. Wrocław – Kutno. Kutno – Skierniewice. Skierniewice – G.

Cztery pociągi. Żaden z nich (żaden!) nie odjechał ze stacji początkowej (!!!) punktualnie. Nawet ekspres „Panorama” – miejscówki, ciepła woda w łazienkach, cena biletów taka, że za te pieniądze można by polecieć jakąś tanią linią do Berlina – odjechał z Wrocławia (gdzie zaczynał swoją trasę) dziesięć minut po czasie. Dlaczego? Pan konduktor zapytany o to tonem złośliwym wzruszył tylko ramionami z miną typu „A bo ja wiem?”.

O tym, że zaciętego okna nijak nie dało się otworzyć, że na wagonie dla niepalących jak byk widniały oznaczenia, że jest dla palących – to już nawet nie wspomnę.

Polskie Koleje Państwowe. Normalka.

Poza „Panoramą” (odcinek Wrocłam – Kutno) Puchatek jechał wyłącznie pociągami osobowymi. Bród, syf, Potwory po pierwszym kwadransie miały juz łapki koloru PKP (taki charakterystyczny, nigdzie indziej nie spotykany odcień brązowo-rudego brudu), po kolejnym kwadransie – całą resztę też. Okna się nie domykają (albo nie otwierają), siedzenia obluzowane, o pójściu do łazienki już nawet Puchatek nie wspomina. I ten wszechobecny smród brudnego pociągu.

Za takie luksusy (trasa liczyła jakieś pięćset kilometrów) zapłacił Puchatek 190 złotych polskich. A przecież Potwory jeszcze nie płacą, bo za młode. Czyli 190 złotych za dwie osoby dorosłe, które w dodatku w ekspresie miały zniżkę jako opiekunowie dzieci.

Toż to paranoja. Wychodzi na to, że gdyby mieć samochód, to już w dwie osoby można by tę trasę pokonać taniej, niż pociągiem. A co dopiero będzie za rok, kiedy Pietruszka skończy cztery lata i trzeba mu będzie bilety kupować? Chyba przyjedzie zrezygnować z usług PKP, kupić jednak jakieś używane cztery kółka (najlepiej diesla albo z instalacją gazową) – i jeździć oszczędniej.

Gdyby policzyć ile kilometrów można przejechać koleją za średnią miesięczną pensję (to jedyny uczciwy sposób porównywania cen w różnych krajach) i uwzględnić stosunek ceny do jakości świadczonych usług – idę o zakład, że nigdzie w UE nie ma droższych kolei.

Może pora, żeby PKP wreszcie upadły – a na gruzach może ktoś zdoła coś sensownego zbudować?

Optymistyczny akcent na koniec: po wejściu do domu M. zapomniała o zmęczeniu i zapiała z zachwytu nad wyremontowaną Chatką. Wszystko jej się podobało – także kilka niespodzianek, które Puchatek zdziałał (na przykład kolor, na jaki pomalowane zostały szafki kuchenne). Odmieniona Chatka rzeczywiście sprawia miłe wrażenie, po wywaleniu ściany pokój (czyli „salon”) optycznie się powiększył, płytki na podłodze w kuchni robią dużo milsze wrażenie niż stare linoleum i w ogóle jest bardzo przyjemnie. Czyli – generalnie jest dobrze, jak powiedzieliby zapewne komentatorzy sportowi 🙂